BYŁEM GŁUPI...
- przyznaje Adam S., kluczowy świadek w procesie gminnych urzędników. - Gdybym powiadomił wójta, to od razu straciłbym pracę w Urzędzie - mówi. - I daję sobie rękę uciąć, że w powiecie bym jej nie znalazł...
Cztery kolejne godziny trwało przesłuchanie Adama S., kluczowego świadka w toczącym się przed Sądem Rejonowym w Miliczu procesie trójki samorządowych urzędników. Wiadomo już, że Jan Głowa i jego obrońca, nie będą musieli w dalszej części przewodu sądowego uczestniczyć. Za to i eks-wójta Andrzeja P., i byłą prezes Gminnej Spółki Komunalnej Halinę W. oraz ich obrońców czeka jeszcze wiele wizyt w Miliczu. - Trzeba się sprężać, żeby skończyć jesienią - mówi sędzia Robert Perliński....
W piątek 19 marca Adam S. podtrzymywał dość konsekwentnie złożone wcześniej przez siebie zeznania. Po raz kolejny powiedział, że ukrywał w Internecie przetargi na "jasne polecenie" Haliny W. Ukrywanie miało miejsce zawsze wtedy, kiedy do przetargów stawała sama urzędniczka albo jej matka. - Po każdym "przetargu" Halina W. informowała mnie, że idzie do wójta, aby spytać się go o zgodę na zakup nieruchomości - utrzymywał świadek. Ujawnił też, że była sytuacja, kiedy wrzucone do sieci ogłoszenie było przez krótki czas widoczne, a on sam widział, jak Halina W. klikała w nie, aby "nabić jak najwięcej wyświetleń". Potem przetarg ukryto, ale mogło powstać wrażenie, że wiele osób go w Internecie obejrzało...
- Jeśli wójt się na zakup zgodził - opowiadał Adam S. - to Halina W. przychodziła do mnie i mówiła: Wójt się zgadza, szykuj dokumenty do sprzedaży... Ale osobiście Adam S. tego od wójta nigdy nie usłyszał.
Dlaczego Adam S., człowiek świeżo po studiach, rozpoczynający swoją pracowniczą karierę, uczestniczył w tym przestępczym procederze? Dlaczego nie zgłosił tych praktyk wójtowi? Pytali o to świadka i sąd, i obrońca Andrzeja P. mecenas Zbigniew Piątkowski.
- Byłem nieświadomy odpowiedzialności prawnej, wykonywałem polecenia kierownika [Haliny W. ] - odpowiadał Adam S. - O tych nieprawidłowościach wiedziały bardziej doświadczone od mnie osoby [świadek wskazywał w tym kontekście na pracowników swojego Referatu Rolnictwa oraz cały Referat Finansowy Urzędu Gminy Oleśnica], a proszę zauważyć, że nikt tego nie zrobił. Znając charakter pani W. i pana wójta wiedziałem, że gdybym to zgłosił, to od razu straciłbym pracę. A daję sobie odciąć rękę - stwierdził dość dramatycznie świadek - że nigdzie w powiecie oleśnickim z moim wykształceniem [inżynier ochrony środowiska] pracy bym po tym nie znalazł...
I na dowód tego przytoczył historię Małgorzaty G., urzędniczki, która odmówiła Halinie W. podpisania protokołu z nieprawidłowo przeprowadzonego przetargu. - Zaczęło się wtedy szukanie na nią haków i straciła pracę na skutek "utraty zaufania do niej" - zeznawał były pracownik Urzędu. - Potem starała się o pracę w Starostwie Powiatowym. Halina W. powiedziała mi wtedy, że "pan wójt zadzwonił tam, aby jej nie przyjmowali".
- Byłem głupi - wyznał szczerze Adam S. - Powinienem mieć więcej odwagi... Przyznał, że raz postąpił wbrew intencjom swojej przełożonej i usłyszał wtedy, że "działa na jej niekorzyść" i "ma więcej tego nie robić, bo się rozstaną". Stwierdził, że "do wójta zawsze należało ostatnie słowo", ale "był dobrym pracodawcą", a choć "nie był despotyczny", to "można było odnieść wrażenie, że pracownicy się go boją".
Szerzej o zeznaniach Adam S. w papierowym wydaniu Panoramy Oleśnickiej w środę 24 marca.
(ror)
Skomentuj ten artykuł! (28)