


Furorę w Internecie robią różni mądrale obalający tzw. euromity. To, co wywołuje gromki śmiech na sali plenarnej jako przykład beznadziejnej indolencji, na YouTube „sprzedaje się” jako obnażanie ukrytych unijnych „spisków”. Na internetowych forach ceni się odwagę wszelkich euroignorantów, którzy nie zostawiają na Unii suchej nitki. No dobrze, a gdyby tak dać im moc sprawczą i „wyzwolić” się z Unii lub też wyobrazić sobie, że nigdy do niej nie wstąpiliśmy...
Puśćmy wodze fantazji:
- Moglibyśmy dalej zbierać pieczątki w paszportach, wypełniać formularze wizowe, zwiedzając eleganckie ambasady, by po uiszczeniu opłaty za stempelek wreszcie wyruszyć w świat...
- Moglibyśmy nawiązywać ciekawe znajomości, odczekując „swoje” nawet w kilkugodzinnej kolejce na granicy, czy przy okienku jakiegoś „wopisty” na lotnisku...
- Moglibyśmy nie płacić podatków od wynagrodzeń za granicą, tylko dalej pracować na czarno, a nasz polski dyplom oprawić w ramki i spoglądać nań z nostalgią znad zmywaka...
- Nie musielibyśmy płacić haraczu Unii, a całą polską składkę: 0,9% naszego PKB wydać na błyskawicznie powstające autostrady np. na bagnach Rospudy...
- Oszczędzilibyśmy sobie wstydu i publicznych pieniędzy na „kłótniach samolotowych” i podróżach do Brukseli, nie narażalibyśmy naszego Prezydenta na czytanie Traktatu Lizbońskiego...
- Nie musielibyśmy, tłamszeni europoprawnością, udawać przyjaźni z Niemcami (przecież wiadomo, „o co im naprawdę chodzi”), może nawet moglibyśmy napaść na Moskwę, jak obiecywał na gruzińskiej wycieczce nasz Wódz, albo przynajmniej zakręcić ich gaz (najlepiej ten płynący do Niemców)...
- Jako samowystarczalne mocarstwo nie musielibyśmy się stresować nie wydawanymi na czas unijnymi pieniędzmi, ani też nikogo zmuszać do prostytucji politycznej...
- itd...
A tak na serio... Zachodzę w głowę, jak to jest możliwe, że przedstawiciele 27 bardzo różnych krajów, dużych, małych, bogatych, biednych, mówiący różnymi językami, o różnych religiach, kulturach, tradycjach potrafią się dogadać, znaleźć kompromis, który pozwala Wspólnocie Europejskiej w POKOJU się rozwijać. Tymczasem na naszym podwórku, w Polsce, ludzie posługujący się tym samym językiem, wychowani głównie w tej samej religii, tradycji, kulturze, co więcej w większości z tym samym solidarnościowym rodowodem - walczą ze sobą, opluwając się nawzajem jak najgorsi wrogowie...
Może jednak jest coś w tej Unii, czego możemy się nauczyć?
autor: Lidia Geringer De Oedenberg