


Sukces euro przekroczył nawet oczekiwania promotorów nowej waluty. Przez 10 lat euro zbudowało sobie naprawdę solidną reputację. W dobie kryzysu widać gołym okiem, która waluta cieszy się zaufaniem, przynosi korzyści i stabilność ekonomiczną. Przecież nie funt, który stracił ponad 33% wartości w ciągu paru miesięcy, ani dolar, z którego jako rezerwy walutowej rezygnują wszystkie tzw. wschodzące gospodarki, ani złoty, który stracił jedną trzecią wartości tylko... na wieść o kryzysie.
Euro ma dopiero 10 lat! Wspólną walutę jako oficjalny środek płatniczy wprowadzono 1 stycznia 1999 roku. Początkowo tylko w formie elektronicznego środka płatniczego, trzy lata później banknoty i monety pojawiły się w obiegu w jedenastu krajach Unii. Obecnie strefa euro obejmuje 16 krajów.
10. rocznica ustanowienia euro stała się podczas ostatniej sesji plenarnej w Strasburgu okazją do przypomnienia historii oraz podsumowania efektów tego absolutnie nowatorskiego projektu. Podczas spotkania w Parlamencie Europejskim niektórzy z „ojców” euro, jak: Jean-Claude Trichet - prezes Europejskiego Banku Centralnego, Jean-Claude Juncker - przewodniczący Eurogrupy, Joaquín Almunia - Komisarz ds. Gospodarczych i Walutowych oraz Valerie Giscard d’ Estaing - były prezydent Francji, podzielili się swoimi refleksjami na temat europejskiej waluty. Przede wszystkim przypomniano głosy krytyków, którzy przestrzegali, że nowa waluta okaże się słaba i bez przyszłości. Tymczasem dziś na świecie liczą się praktycznie tylko dwie waluty: dolar i euro! Wbrew pokrzykiwaniom euromalkontentów euro nawet w kryzysie sprawdziło się i zadziałało jak tarcza obronna. Bez niego Europa dziś byłaby skonfrontowana z walutowym tornado. To właśnie strefa euro okazała się najlepiej chronioną, najlepiej broniącą się przed skutkami kryzysu. Euro wbrew krytykom okazało się czynnikiem stabilności. Specjalna “tarcza obronna” euro wynika z wiarygodności Unii i ściśle wiąże się z reputacją silnej waluty. Euro kojarzy się też z niską inflacją, gwarantowaną przez pakt stabilności i rozwoju, przez co efektywnie wspiera wymianę na wspólnym rynku.
Krytykanci oskarżają euro o hamowanie wzrostu gospodarczego - a fakty pokazują, że jest wręcz odwrotnie. Od momentu wprowadzenia euro przybyło w eurostrefie ponad 16 mln miejsc pracy, to gdzie ten hamulec? Przyczyn stagnacji należałoby upatrywać raczej w nietrzymanych w ryzach finansach publicznych, a nie we wspólnej walucie.
Eurostrefie dzisiaj nie grozi załamanie gospodarcze na wielką skalę, a będąc poza strefą euro, dużo trudniej znaleźć rozwiązania prowadzące do walki z kryzysem, ponieważ potencjał zapobiegania kryzysowi jest mniejszy. Jak powiedział Jean-Claude Trichet, prezes Europejskiego Banku Centralnego, „w czasach trudnych i burzliwych lepiej płynąć na dużym okręcie, niż na małej łódce”. Fakt. W eurogrupie można reagować natychmiast, co pozwala na prowadzenie rzeczywistej polityki makroekonomicznej.
Obecnie euro jest nie tylko środkiem płatniczym, jest też wyrazem tożsamości kulturowej i miernikiem stabilności politycznej.
Ale za euro trzeba też „zapłacić”. Ceną jest rezygnacja z polityki monetarnej na poziomie narodowym i oddanie tej władzy Europejskiemu Bankowi Centralnemu. Tego nie lubią rządzący. Oddać władzę i to bez walki? Natychmiast wyciągają armaty nabite pseudopatriotycznym pustosłowiem i próbują mamić wyborców, że to w ich interesie.
Osobiście wolę, żeby to ekonomiści zajmowali się stabilnością waluty, a nie politycy (po socjologii, historii, pedagogice czy psychiatrii), którzy „grzebiąc” w kursach waluty, szukają szybkich zysków politycznych, na dłuższą metę po prostu szkodząc gospodarce.
Atrakcyjność euro wyraźnie wzrosła w czasie kryzysu. Już widać następnych pukających do eurostrefy. W kolejce stoją Szwecja i Dania - niegdyś sceptycznie nastawione do euro, dziś walczące samotnie z kryzysem, oraz kompletnie pogrążona w kryzysie, niewypłacalna Islandia.
autor: Lidia Geringer De Oedenberg