3 maja ważniejszy
Ostatnio jeden z dziennikarzy w wywiadzie (których ostatnio sporo udzielam - czyżby Czarnecki - reaktywacja?) zadał mi zaskakujące pytanie: Czy po wejściu do Unii Europejskiej data 1 maja będzie dla Polaków ważniejsza niż 3 maja? No właśnie... Myślę, że jednak nie! Wchodzimy do Unii może i z nadziejami, ale mniejszymi niż jeszcze rok temu. Wchodzimy też z wiedzą, że UE nie jest taka święta, jak ją malują. I że pieniądze z Brukseli będą mniejsze niż to wcześniej nam przyrzekano. I że może w kraju wzrosnąć bezrobocie (a w zasadzie na pewno wzrośnie w niektórych regionach i pewnych branżach). A już wzrosły ceny wielu towarów, poczynając od żywności - i słaba pociecha jest, że spadną ceny whisky, koniaku, luksusowych samochodów, tekstyliów z Turcji czy perfum...
Przed referendum spotkanie z UE było dla wielu polskich polityków swoistą „randką w ciemno”. Niestety, ta randka dla wielu Polaków - ale nie polityków - kończy się twardym lądowaniem. A politycy, którzy jeszcze rok i dwa lata temu przekonywali, że Unia jest „cacy” i raźno maszerowali po ulicach z niebieskimi balonikami, dziś krzyczą: „Nicea albo śmierć!” i stroją się nagle w piórka patriotów. Diabeł ubrał się w ornat i na mszę dzwoni...
Unia się świeci. Zwłaszcza w majowym słońcu. Szczególnie w okresie długiego weekendu, gdy wszystko wydaje się miłe. Ale „ulica Miła, moja miła, wcale nie jest wcale taka miła” - jak pisał Konstanty Ildefons Gałczyński. No i nie wszystko złoto, co się świeci...
Tak naprawdę maj 2004 w Polsce - kraju członkowskim Unii - nie będzie się wiele różnił od maja 2003 w Polsce - kraju kandydującym do UE. Wtedy było ciężko - i dziś będzie niełatwo.
Lepiej chodzić po ziemi. Lepiej być eurorealistą. Lepiej nie mieć złudzeń i fałszywych nadziei. Naprawdę Polacy nie mogą przypominać afrykańskich plemion, które dają się nabrać na byle świecidełka. Nie odwracajmy się do Unii plecami - bo już jesteśmy jej częścią. Nie dyskutujmy: wchodzić czy nie wychodzić - bo to już się stało. Nie mówmy o innych krajach, które nie należą do UE, np. o Norwegii (która tym się różni od Polski, że śpi na ropie) - bo my już tam należymy. Zgoda, że na złych warunkach. Ale zamiast obrażać się na rzeczywistość, lepiej rozliczyć negocjatorów (część z nich już pracuje... w Komisji Europejskiej!). No i w końcu podjąć - w trosce o interesy gospodarcze Polski - renegocjacje warunków naszego członkostwa w UE.
autor: Ryszard Czarnecki
Skomentuj ten artykuł! (1)