


Polskie partie już od jakiegoś czasu typują kandydatów na europosłów. Sami zainteresowani nie potwierdzają, nie zaprzeczają - krygują się jak panna na wydaniu, a właściwie jak kawaler na wydaniu - bo to praktycznie sami mężczyźni!
Obecnie w Parlamencie Europejskim 30% wszystkich eurodeputowanych stanowią kobiety. W naszej polskiej delegacji jest nas zaledwie 15% (8 pań na 54 posłów). Zaniżamy poziom. Gorsi od nas są jedynie Maltańczycy i Cypryjczycy, którzy w swoich malutkich kilkuosobowych reprezentacjach nie znaleźli w ogóle miejsca dla płci pięknej. Szwedzi zaś wręcz odwrotnie, wysłali do Europarlamentu więcej kobiet niż mężczyzn.
Jestem obecnie jedyną kobietą z Polski, której grupa polityczna „pozwoliła” piastować wysoką funkcję w Parlamencie Europejskim. Reprezentując Grupę Partii Europejskich Socjalistów - sprawuję funkcję wiceprzewodniczącej Komisji Prawnej.
Stanowiąc połowę populacji, kobiety są wyraźnie w europejskiej polityce niedoreprezentowane. Ostatni raport Komisji Europejskiej dotyczący uczestnictwa kobiet i mężczyzn w procesie podejmowania decyzji z 2007 r. wskazuje co prawda na postęp w tej dziedzinie, jednak kobiety nadal stanowią mniej niż jedną trzecią składu Parlamentu Europejskiego.
W Komisji Europejskiej jest nieco lepiej: wśród 27 komisarzy jest obecnie 7 kobiet. Jednakże w ciągu 51 lat funkcjonowania tej instytucji żadna z pań nigdy nie była na stanowisku przewodniczącego komisji. W Parlamencie Europejskim panie piastowały funkcję przewodniczącego jedynie 2 razy (na 27 przewodniczących) i były to dwie Francuzki: Simone Veil i Nicole Fontaine.
Parytety wyborcze dotyczące reprezentacji kobiet w polityce zostały już wprowadzone przez ponad połowę państw na świecie. 45 krajów reguluje tę kwestię prawnie, pozostałe zawarły ów postulat w statutach poszczególnych partii.
Aktualnie we Francji 50% kandydatów na listach wyborczych to kobiety, w Hiszpanii każda z płci jest reprezentowana w proporcjach między 40-60%.
Dotychczasowymi liderami w tej kwestii były państwa nordyckie, dziś jednak silną dla nich konkurencję stanowią także takie kraje, jak: Argentyna, Belgia, Costa Rica, Rwanda czy Płd. Afryka, które przekroczyły próg 30% reprezentacji kobiet w parlamentach narodowych. Ciekawe statystyki załączam na http://www.lgeringer.pl/pliki/Electoral_Gender_Quota.pdf. Gołym okiem widać, że system parytetów korzystnie wpływa na reprezentację kobiet oraz że jego większa efektywność widoczna jest w dużych partiach. Najchętniej na swoich listach umieszczają kobiety - partie lewicowe, które są szczególnie zaangażowane w promowanie i konsekwentną implementację systemu parytetów.
Spójrzmy na polski przykład w Parlamencie Europejskim: im bardziej na prawo, tym procentowo mniej Polek:
- w mojej lewicowej grupie PES (SLD, UP, SDPL) jesteśmy dwie wśród 9 polskich europosłów, czyli 22,22%,
- w grupie konserwatystów EPP-ED (PO, PSL) też są dwie panie, ale na 15 Polaków, czyli 13,33%,
- w radykalnej prawicy UEN (PiS, LPR, Samoobrona, PSL-Piast) też są 2 posłanki, ale na aż 20 Polaków, czyli 10%.
Cieszy mnie reakcja Europejskiego Lobby Kobiet, reprezentującego ponad 4000 organizacji kobiecych z Europy, które rozpoczęło jesienią 2008 r. ogólnoeuropejską kampanię mającą na celu promocję parytetowej inicjatywy „50 na 50”. Czas i u nas na zmiany. Zróbmy zatem pierwszy krok.
Ogłaszam apel do wszystkich partii w Polsce: Zacznijmy wprowadzać standardy europejskie i na listach do Parlamentu Europejskiego zarezerwujmy przynajmniej 30 % miejsc dla kandydatek na eurodeputowane! Może będziemy mieli szansę dogonić Rwandę już w czerwcu 2009 r.
autor: Lidia Geringer De Oedenberg