Bamako to już wspomnienie
Opuściłem Bamako - miasto upalne nawet po zmierzchu. Widziałem w Mali piękne krajobrazy, specyficzną przyrodę, piękne kobiety - i ludzką biedę. Widziałem dzieci, które mają dzieci. Stanąłem na progu lepianki w Timbouctou, gdzie mieszkała rodzina z 12 dziećmi. Widziałem dużo żebrzących dzieciaków, ale też ufnych maluchów, które biegły do białego człowieka, aby podać mu rączkę i przejść parę kroków, póki nie zawrócą ich zdziwione mamy. Widziałem biednych ludzi - a jednocześnie ci sami ludzie często byli radośni. Widziałem nędzę, a jednocześnie w tych samych miejscach dobre samochody i wiele anten satelitarnych. Widziałem meczety i ich strażników chcących od turystów pieniędzy za… przypilnowanie zdjętych butów. Widziałem młodego chłopaka, bardzo dobrze mówiącego po angielsku, którego do szkoły w mieście wysłał ojciec, właściciel stada wielbłądów na pustyni. Tacy chłopcy jak on są przyszłością Afryki. Widziałem wreszcie organizacyjny bałagan Malijczyków, mimo którego wszystko jakoś funkcjonowało. I słyszałem malijski, skoczny hymn idealnie nadający się do tego, aby grały go polskie strażackie orkiestry, np. na festynach z okazji Święta Ludowego.
Zostawiam Mali z jego dumą: były prezydent Konare od 2 lat jest szefem UA - Unii Afrykańskiej (taki murzyński Barroso). I z jego problemami: konfliktem z Mauretanią, która pomaga Arabom i Tuaregom mieszkającym w Mali, ale też i po mauretańskiej stronie, którzy co raz organizują zbrojne wypady przeciw Afrykanom. Ale też z konfliktem z Wybrzeżem Kości Słoniowej datującym się od czasu pogromów mieszkających tam Malijczyków (od września 2002 roku). Nie wiem, czy tu wrócę. Wiem, że będę pamiętał.
www.ryszardczarnecki.pl
autor: Ryszard Czarnecki
Skomentuj ten artykuł! (3)