Biegunka
Co nagle, to po diable... - mówi stare polskie przysłowie. A inne głosi: Jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy. Te powiedzenia pasują jak ulał do szybkiego, jak pociąg Intercity na trasie Warszawa - Wrocław, dostosowywania polskiego prawa do prawa Unii Europejskiej. Nasz Sejm dostał prawdziwej biegunki legislacyjnej. W ciągu trzech lat wypluł z siebie 150 ustaw w tym obszarze. Poprzedni Parlament był niewiele gorszy: 130 ustaw w ciągu 4 lat. Ponieważ Bruksela cały czas poganiała, a komisarz Verheugen pokrzykiwał „Schneller, schneller!”, Sejm i Senat bez większego zastanowienia przyklepywały to, co chciał rząd. Niestety, rząd często wnosił buble, a okulary naszych legislatorów są wszak bubloodporne (czyli bubli nie zauważają).
Gorzej, że pod niebieskim płaszczykiem, z żółtymi gwiazdkami dostosowania naszego ustawodawstwa do unijnego, poszczególne grupy nacisku przepychały różne ustawy korzystne dla poszczególnych środowisk, ale na pewno nie dla interesów państwa. Szybko okazywało się, że akurat proponowane przepisy wcale w Unii nie obowiązują, ani nie zamierza ona ich wprowadzić lub nawet wręcz regulacje unijne są przeciwne do tego, co proponował jakiś resort, skutecznie pozyskany przez kolejną „grupę (lub grupkę) trzymającą władzę”. Jak inaczej bowiem tłumaczyć, że w ustawie „Prawo morskie” jedynie 17% przepisów rzeczywiście ma coś wspólnego z UE.
Ale i tak 30 kwietnia 2004, gdy Sejm uchwalał ostatnich sześć ustaw „harmonizujących” nasze prawo do prawa UE, nie zdążył z publikacją nie tylko tych, ale i kilkunastu kolejnych (w sumie ponad 20) w Dzienniku Ustaw. Czyli tak jakby ich nie było wcale. Nie wystarczy bowiem, żeby Sejm coś uchwalił, prezydent podpisał - ustawy wchodzą w życie od momentu opublikowania ich w Dzienniku Ustaw.
Możemy się pocieszać, że sąsiedzi Czesi uchwalali jeszcze szybciej i mają jeszcze większy bajzel prawny. Ale mała to pociecha. Oczywiście z dniem wejścia Polski do Unii bynajmniej nie kończy się sam proces ujednolicania polskiego prawa z unijnym. Bo prawo Wspólnot Europejskich jest jak ptak w locie - cały czas zmienia swoje położenie. Zmiany w Brukseli skutkować będą również zmianami w Warszawie.
Ustawodawstwo UE dzieli się na dwa rodzaje: dyrektywy, rozporządzenia. Te pierwsze trzeba bezwzględnie wprowadzić w życie w każdym z 25 krajów członkowskich Unii. Ale dyrektywy można na grunt narodowy przenosić nie od zaraz i w wymiarze takim, jaki uzna się za stosowne. Sprytni Włosi dotychczas nie wprowadzili aż 20% dyrektyw UE, bo uznali, że byłoby to niekorzystne dla ich gospodarki.
Gdy w imieniu Polski, wraz z ówczesnym premierem i ministrem spraw zagranicznych, rozpoczynałem 31 marca 1998 negocjacje z UE, unijne prawo liczyło w sumie 75.000 stron. Dzisiaj, po 6 latach, liczy 150.000 stron, czyli dokładnie dwa razy tyle. Nowe przepisy rosną jak ciasto na drożdżach. Zdarzają się wszak dość często zakalce, jak dyrektywa mówiąca, że marchewka to owoc. Strach pomyśleć, co będzie dalej. Biegunka trwa.
autor: Ryszard Czarnecki
Skomentuj ten artykuł! (3)