Bigos z nalepkami
Koniec Jałty, jadziem do Europy. Ten numer Panoramy ukaże się ostatni raz w swoistym geopolitycznym niebycie. Ci, którzy przeżyli kilka dziesięcioleci przed przełomowym rokiem 1989/90, nie będą mieli z tym pojęciem (niebyt) specjalnego kłopotu. Żyjemy przecież w III Rzeczypospolitej. Druga trwała od 1918 do 1939 (chociaż wedle Jana Karskiego w postaci tajnego podziemnego państwa istniała dalej, do końca wojny). Tego, co było od 1945 do 1989 roku, właściwie nie było, nieprawdaż? Do paranoi zatem przywykliśmy, nie ma co się żołądkować z tym wstępowaniem do Europy czyli do Unii, co było „naszym strategicznym celem, o spełnieniu którego poprzednie pokolenia Polaków mogły tylko marzyć.” Zostawmy jednak te bajdurzenia wszelkich przedstawicieli takich czy siakich elit i zajmijmy się czymś pozytywnym.
Z Brukseli, jak słyszałem w radio, nadeszła dobra nowina. Przedstawicielka Komisji Europejskiej autorytatywnie oświadczyła, że będziemy mieli prawo do tego, by po swojemu robić sobie bigos. Normy Unii zabraniają bowiem ponownego podgrzewania raz ugotowanych potraw. Szkodzi to bowiem zdrowiu i w ogóle. Ja zaś z wieloletnich obserwacji czynności mojej Pani Małżonki w kuchni wiem ponad wszelką wątpliwość, że jak chce mieć dobry bigos, to trzeba go robić z przerwami przynajmniej trzy dni, ciągle mieszając i dodając to i tamto, co kto lubi. Bigos to bigos podobnie jak wuj to wuj.
Trzeba się zatem cieszyć, że udało się wytargować prawo do prawdziwego staropolskiego bigosu. Czy nam obrona innych narodowych wartości wyjdzie równie skutecznie - zobaczymy.
Tymczasem czekają nas zmiany cen. Gazeta Wyborcza i szeroki krąg jej politycznych entuzjastów podjęli wespół z Narodowym Bankiem Polskim na czele z Leszkiem Balcerowiczem walną bitwę o słuszne ceny. Uruchomiona została specjalna infolinia do NBP, poprzez którą można przekazać do centralnego banku wiadomości o tym, co - zdaniem informatorów - podrożało niesłusznie i za dużo. Nieco mnie to zastanowiło: przecież w warunkach gospodarki rynkowej podaż i popyt mają regulować poziom cen. Tak działa owa niewidzialna Ręka Rynku, której najzagorzalszymi rzecznikami są wszak prof. Balcerowicz, a także pan Adam Michnik. Co oni niby chcą: kapować do nich, że ktoś tę Rękę utrąca? Donosić na tych, którzy w zamęcie wstępowania do UE chcą się nazbyt nieuczciwie wzbogacić? To niech się, kurde bele-bele, zdecydują, czy na Rynku rządzą obiektywne prawa, jak zawsze twierdzą, czy też subiektywna chęć oszukania klientów dla własnej korzyści kupców. Dzielnie chcą nam nawet pomóc w walce o sprawiedliwy i słuszny poziom cen. Rozkolportowali wśród nich specjalne naklejki, które z witryn sklepowych mają nas informować, że „Nie podnosimy cen bez powodu”. Radzą, żeby klienci unikali sklepów, na których brak takiej naklejki. Już widzę cały sycowski plac Wolności zaklejony takimi napisami! Także Pani Jadzia w Działoszy i Pani Wiesia w Stradomii Wierzchniej pewnie będą musiały „dostosować się”, hehe. A jak naklejki nie będzie, to co? Nie wejdę po konieczne zakupy? Taka to ma być nowa, tym razem europejska, „bitwa o handel”?
Napisawszy te słowa („bitwa o handel”), nasunęło mi się skojarzenie z przeszłą epoką. Pamiętacie, szanowne Czytelniczki i drodzy Czytelnicy Panoramy, Irchę? Tę powołaną w latach 80. instytucję o nazwie Inspekcja Robotniczo-Chłopska, mającą w intencji ówczesnych władz walczyć ze spekulacją i wszelką rynkową nieuczciwością. Różne kilkugwiazdkowe zupaki jeździły wtedy w towarzystwie zdezorientowanych robotników po różnych magazynach, PGR-ach i innych instytucjach i sprawdzały, czy traktory i naczepy stoją pod sznurek na majdanie i czy gaśnice nie są przeterminowane. Chodziły też po targowiskach i wypatrywały słoniny z nielegalnego uboju. A cel właściwie był taki, aby ta Ircha jako quasi-organ niby-społecznej kontroli pozornym działaniem kamuflowała niemoc i niekompetencję władz. I właśnie tak jest obecnie z tą „infolinią” do NBP!
Są publikowane w rozlicznych pismach listy towarów, których ceny mają wzrosnąć, bo to wynika jakoby z naszego wstępowania do Unii, a z drugiej strony takich produktów, które w żaden sposób nie mają prawa podrożeć. Jak już pisałem, mnie osobiście ucieszy obiecane potanienie Jonny Walkera.
Perfumy i pozaeuropejskie samochody mnie nie interesują. Nawet nie wiem, co tam jeszcze stanieje. Lokomotyw, jak za dawnych czasów Polski, której nie było, obniżka pewnie nie obejmie, bo w ogóle lokomotywy są już nikomu niepotrzebne. Cukrem też się nie będę zajmował, bo jako starzy ludzie pijemy z moją Panią herbatę bez cukru, a do kawy dajemy słodzik. Do sycowskich i okolicznych sklepów będziemy nadal chodzić, nie oglądając się na propagandowe witrynowe nalepki. Boję się innych nalepek, często za owej II Rzeczpospolitej naklejanych. Nie wymienię ich treści, nie chcę wywołać wilka z lepperowskiego lasu.
Z klientowskim pozdrowieniem
Wasz felietonista
autor: Julian Bartosz
Skomentuj ten artykuł! (3)