Byłem w Moskwie
Ostatni weekend spędziłem w Moskwie. Tam minus 5 stopni w skali Celsjusza. To norma tutaj, ale… nie dla mnie. Uroczy Arbat tonący w błocie nie robi tego wrażenia, co wiosną. A sklep dla „nowych Ruskich”, czyli dla nowobogackich, śmieszy mniej, niż się mi wcześniej zdawało.
Gdy jechałem samochodem z lotniska, w radiu gniewny głos basował, że na Ukrainę przyjeżdżają „różni Kwaśniewscy”. Tutaj niechęć do Polski wzrosła wyraźnie. Pretensje za wtrącanie się Polaków do „ich Ukrainy” są bardzo widoczne. Nawet - twierdzą nasi dyplomaci - w elitach intelektualnych.
Na czwartkowej promocji (w zeszłym tygodniu) rosyjskiego wydania historii Polski Tymowskiego i Kieniewicza, w ambasadzie RP atmosfera ze strony gości była chłodna. Po części oficjalnej w kuluarach doszło do ostrej pyskówki. Jeden z rosyjskich historyków wyzwał Polskę „od najgorszych”. Usłyszał co nieco i demonstracyjnie wyszedł.
Jednym słowem - Rosja przeżywa, że Polska „westernizuje” (uzachadnia) Ukrainę, odpychając Moskwę od granic Rzeczypospolitej...
Drugi dzień pobytu był już trochę cieplejszy - a już w kościele polskim gorąco - tyle ludzi! I taka serdeczna atmosfera. Tłum rzeczywiście wielki na jednej z dwóch polskojęzycznych mszy św. (byłem na tej o 13, wcześniejsza jest o 8.30). Ludzie stoją z boku i z tyłu świątyni, którego polska diaspora nie miała przez ponad 70 lat. Wybudowany z polskich składek przed I wojną światową - wrócił do właściwego przeznaczenia dopiero na początku lat 90.
Pamiętam swój pierwszy pobyt tutaj, przed 11 laty, gdy przyjechałem do Moskwy i Kazachstanu jako wiceminister kultury w rządzie Hanny Suchockiej. Wtedy msze św. odbywały się w odgruzowanej kaplicy. Cała reszta była kompletnie zrujnowana, a do tego ówczesne władze Rosji i Moskwy mało przychylne (poza chwalebnymi wyjątkami).
Mszy jest tu dziś zresztą więcej. Zaraz po polskiej będzie hiszpańska, jest angielska, francuska, a nawet koreańska. A na polskiej widzę grupę… Murzynów.
Po mszy św. spotkanie z dyrektorem polskiego teatru w Moskwie Romą Jadzińską i aktorami, a także nauczycielką w polskiej szkole - Panią Czartoryską, rodem z Sopotu, ale absolwentką filologii rosyjskiej w Moskwie (!).
Rozmawiałem też z proboszczem polskiej parafii - księdzem Zaniewskim. Starszy, serdeczny, otwarty, pochodzi spod Grodna. Mówi, że sporo prawosławnych, całe rodziny, przechodzą na katolicyzm - nawet bez specjalnego „werbunku” ze strony Kościoła rzymskokatolickiego. No i jeszcze jedno: sporo młodych ludzi na polskiej mszy św.
Nie obyło się bez kulinarnych uniesień. Wczoraj uczta w typowo rosyjskiej kuchni. Miałem przyjemność być w restauracji „TASS - Klub” (od słynnej agencji TASS, która w czasach ZSRR była znana z tego, że jak zaprzeczała, iż coś wydarzyło się w Sowietach, to znaczyło, że to się na pewno zdarzyło…).
Rewelacyjne menu: na początek gorąca zakąska w postaci trzech rodzajów blinów - ze śmietaną, z kawiorem i z grzybami. Zupa „łapsza z białymi gribami”, czyli makaronowa na rosole z borowikami (to właśnie po rosyjsku „biełyje griby”). Wreszcie - rosyjskie pierogi, które kocham, czyli „pielemienije”. Tym razem „starorosyjskie” z masłem śmietankowym. Do tego „klukwiennyj mors” - napój żurawinowy z wyraźnym smakiem jagód. I jedyny europejski element: lampka francuskiego wina. Polecam.
www.ryszardczarnecki.pl
autor: Ryszard Czarnecki
Skomentuj ten artykuł! (2)