Chińska kuchnia od kuchni
W stolicy ChRL nie ma polskiej restauracji. Za to własną restaurację, ale też piekarnię i masarnię, ma największa tutejsza kolonia: niemiecka. Gdy w 1989 roku dogorywała Niemiecka Republika Demokratyczna, jej ówczesny attache obrony... odmówił powrotu do państwa, które znikało z mapy Europy. I znakomicie odnalazł się w nowej rzeczywistości... chińskiej. Założył masarnię i piekarnię i robi świetne interesy, produkując prawdziwy, a nie słodki, chleb oraz 3-5 razy droższe niż chińskie wędliny. Tu zresztą jest rynek na różne produkty spożywcze, których Chińczycy nie mają lub prawie nie mają albo mają - tyle że kiepskie. Przykład: żółty ser. Sprowadza się go najczęściej z Australii i Nowej Zelandii. Dlatego jest tak drogi: w przeliczeniu na polskie warunki kosztuje ... aż 80 zł za kilogram, co przy chińskich zarobkach jest ceną kosmiczną...
Jako fan chińskiej kuchni żwawo pospieszyłem do słynnej restauracji Quanjude. To kultowe miejsce i dla smakoszy, i dla zwykłych turystów, którzy Quanjude traktują jak kulinarny Wielki Mur. Założono ją w... 1864 roku! Niemal półtora wieku tradycji zobowiązuje: na jakiekolwiek miejsce przy stoliku czeka w specjalnej poczekalni dobrze ponad 50 osób. Mimo że jest to wielki kombinat gastronomiczny - może tam naraz jeść…1400 osób! - właścicielom udało się połączyć wielką ilość ze świetną jakością. Specjalność to - genialnie zresztą zrobiona - kaczka po pekińsku. Delikatna, finezyjna, w specjalnym naleśniku (ale i bułce z sezamem), z chrupiącą skórką... Kulinarna poezja! Quanjude założono w trzecim roku panowania cesarza Tongzhi w czasach dynastii Qing. Rzecz wzięła się od zwykłego rolnika, który dokładnie w miejscu, gdzie teraz jest kilkukondygnacyjna restauracja, miał gospodarstwo i wyspecjalizował się w... kaczkach. I naprawdę to żadna aluzja!
W samym centrum miasta idziemy chodnikiem, w przestrzeni między zabudowaniami a znajdującymi się przy deptaku restauracyjkami czy punktami gastronomicznymi. Widzimy chińską kuchnię „od kuchni”. No i robi to wrażenie. I to jakie! Smakołyki w postaci jakichś gotowanych robaków, karaluchów itp. paskudztwa. Wszystko na miejscu przyrządzane, a sprzedawane czasem wprost z roweru! I znajduje to nabywców, choć - przyznajmy - zdecydowanie wśród ludności miejscowej, a nie jakoś, dziwnym trafem, wśród turystów. Kolejne chińskie zadziwienie.
Jabalu - tak nazywa się miejsce, które zna każdy pekiński taksówkarz, rikszarz, handlowiec oraz 99% Rosjan odwiedzających stolicę ChRL. To bazar, targ, kawałek Pekinu, gdzie można wszystko kupić i sporo sprzedać. To tu przyjeżdżają pielgrzymki rosyjskich turystów. Właśnie dla nich Chińczycy uczą się rosyjskiego - podobno z lepszym skutkiem niż angielskiego. Sprzedawcy zaczepiają nas po rosyjsku, a moja uwaga, że nie przepadamy za tym językiem, jest potraktowana jako żart (Następnego dnia w pobliżu placu Tiananmen młody artysta plastyk, gdy usłyszał, że jesteśmy z Polski skonstatował: „Ach, wiem, Polska leży koło Rosji”, by usłyszeć odpowiedź, że akurat jest odwrotnie, to Rosja leży przy Polsce. Ale i tak po chwili pytał, jakim właściwie językiem my mówimy...). Z Jabulu tylko dwa kroki do restauracji „Moscow”, a na samym bazarze bywają napisy po rosyjsku. Gdy tam wchodzimy, od razu „na dzień dobry” dostajemy ulotkę w języku rosyjskim reklamującą zwiedzanie Pekinu z istotnymi „argumentami”: „Interesno!”, „Niedorogo!”... A co najciekawsze: wśród pekińskich bazarów autorzy wymieniają jeden polski - i to właśnie Jabalu...Sami nie wiemy, co posiadamy...
autor: Ryszard Czarnecki
Skomentuj ten artykuł! (1)