Chiny po raz drugi
Czasem trudności wynikają z ...bycia „uprzywilejowanym”. Tak było tym razem. Jako posiadacz paszportu dyplomatycznego nie muszę mieć wizy do Chińskiej Republiki Ludowej. Ale tego nie przewidział... system komputerowy przy „check-in” na Okęciu. Straciłem z 15 minut i trochę nerwów. Tym bardziej że był już „final call” na lot do Londynu. Potem, na jednym z największych lotnisk świata pod względem ilości lądujących samolotów - londyńskim Heathrow, to samo, ale... jeszcze gorzej. Tym razem, już przy boardingu, gdy podszedłem jako jeden z ostatnich w kolejce do ostatecznego „zaokrętowania się” na pokład BA 39, niesympatyczna (inaczej niż w Polsce) urzędniczka tonem nie nawykłym do dialogu stwierdziła autorytatywnie, iż potrzebuję wizy, ale jej nie mam. Sytuacja była groźna, bo do odlotu były minuty, a za mną prawie nikt nie stał. Perspektywa bicia mądrą głową w głupi mur była mało zachęcająca, a atmosfera brytyjskiej wyższości (nawyk postkolonialny?) unosiła się nad nami niczym londyński „smog”. Ostatecznie „happy end” - po telefonach „wyżej” angielska biurokracja ustąpiła... Chiny czyli „Mainland” stały dla mnie otworem – po raz drugi w życiu (pierwszy w lipcu 2005). Najliczniejszy kraj świata, najbardziej dynamiczna gospodarka globu, mocarstwo polityczne, potęga militarna, gospodarz najbliższej letniej olimpiady, symbol rozwoju, a jednocześnie kraj budzący kontrowersje ze względu na swoiste podejście do praw człowieka (władze chińskie zdają się w tej sprawie kierować starym polskim przysłowiem: „Co kraj - to obyczaj”...). Starożytna kultura, wielowiekowa historia - a jednocześnie wielka ofensywa nowoczesności. Synteza przeszłości i przyszłości. „Wash and go” - dwa w jednym... Witaj, Pekinie!
Niesamowity widok, wielkie wrażenie: wielogodzinny zachód słońca, oglądany z okien samolotu. Wielogodzinny, bo lecimy przez różne strefy czasowe, gonimy czas, uciekamy przed nim. W samolocie ciemno, za oknem jasno czy jaśniej, kilka kolorów, poświata. Temat dla malarza, a nie dla polityka, który jednak nie stracił jeszcze na szczęście umiejętności zachwycania się naturą - a nie tylko misternymi politycznymi grami...
W Chinach - dzień pierwszy. Pamiętam lipiec zeszłego roku, także Pekin, straszliwy upał, potworna wilgotność powietrza, tak parno, że trudno zdzierżyć. A teraz niespodzianka: temperatura, jak w Polsce, nad stolicą kraju rozciąga się mgła czy też rodzaj smogu, momentami czujemy krótką mżawkę. Ten smog to stały fragment krajobrazu Pekinu: teoretycznie ok. 250 dni w ciągu roku jest tu słoneczna pogoda, ale faktycznie - ze względu na smog - dni słonecznych jest tu znacznie mniej.
Lądujemy na dużym lotnisku, którego nikt już nie nazywa „nowym”, bo to naprawdę nowe buduje się nieopodal „starego” i będzie na pewno gotowe na olimpiadę w 2008 roku.
Popijam chińską colę i myślę o ostatnim okresie, który obfitował w wiele ważnych wydarzeń w relacjach polsko-chińskich. W tym roku był w naszym kraju wicepremier Chin, a tutaj wizytę złożył ówczesny szef MSZ Meller. Było tak, że bardzo godnie przyjmowane prezydium Komisji Sportu Sejmu RP (Janusz Wójcik z kolegami był podjęty przez wicemarszałka Zgromadzenia, szefów wspólnej Komisji Edukacji i Sportu i władze Chińskiego Komitetu Olimpijskiego). A w Warszawie była też międzyrządowa komisja gospodarcza na szczeblu wiceministrów. W połowie września przyjedzie do ChRL minister Jerzy Polaczek, a prawdopodobnie w listopadzie... z rewizytą zjawi się tutaj wicepremier Lepper. O tym m.in. rozmawiam z władzami chińskimi. Wiadomo, że zrobić trzeba wiele, aby zmniejszyć fatalny bilans w handlu zagranicznym z Pekinem. Eksportujemy tam za kwotę 10 razy mniejszą niż importujemy! Oficjalnie co prawda import jest 2 razy mniejszy, ale doliczając pośredników, „kraje trzecie”, dochodzi do 5,5 mld (nasz eksport ok. 500 mln).
autor: Ryszard Czarnecki
Skomentuj ten artykuł! (2)