



Przykro mi, bardzo przykro, że ostatni felieton, poświęcony po części moim wątpliwościom odnoszącym się do treści pierwszych trzech rozdziałów Pamięci i tożsamości, ostatniej książki Jana Pawła II, ukazał się w chwili, gdy Ojciec Święty rozpoczął ostatni etap swej drogi na Ziemi. Nie mogłem przypuszczać, że tak się stanie i żałuję tego zbiegu okoliczności. Myślę, że jeśli Karol Wojtyła jest tam, gdzie jest, spojrzy kiedyś i na mnie, profana i agnostyka, zaśpiewa po krakowsku: Bartoszu, Bartoszu, oj nie traćwa nadziei... i powie: „dobrze, synu, że czytasz to, co napisałem, że zajmujesz się tym, przemyśliwasz to i nawet nie zgadzając się ze mną, żyjesz na tej Widawie po bożemu”. Bo, w rzeczy samej, sporo czytałem z tego, co wyszło spod jego pióra. I niektóre encykliki, zwłaszcza te, które składają się na Społeczną Naukę Kościoła, i jego poezje, jak ostatnie w Tryptyku rzymskim, a także Jego nauczanie o Człowieku zawartym w Przekroczyć próg nadziei. Nie każdy, sądzę, zawarł tak bliską znajomość z Jego myślami, nawet najzagorzalsi wyznawcy religii rzymskokatolickiej. I nie piszę tego wiedziony pychą, lecz dla podkreślenia, że warto było poświęcać się tym lekturom i powstałym na ich tle refleksjom. Albowiem myślicielem, filozofem był Karol Wojtyła tęgim, ogarniał swym umysłem i sercem najważniejsze sprawy Ziemi, także t e j ziemi, z której był wyszedł, aby służyć całemu światu. Zapisał się w dziejach myśli ludzkiej jako jeden z tych Gigantów, którzy chcieli, aby ludzie byli lepsi, aby świat stał się bardziej ludzki. Chociaż wszyscy, którzy się wypowiadają od nocy z soboty na niedzielę o Wielkich Dziełach Jana Pawła II, podkreślają, że pod Jego pontyfikatem zaistniałym w specyficznej międzyepoce nastąpiły poważne zmiany na całym globie, to Ojciec Święty u kresu swej ziemskiej drogi świadom był chyba tego, że nie wszystko potoczyło się wedle Jego nauk i wedle intencji Jego modlitwy. To, co zawarł w swoim wkładzie do Społecznej Nauki Kościoła, było i jest nadal nie przyjmowane. Praca nie jest ważniejsza od mamony. Człowiek mniej się liczy od zysku. Neoliberalne teorie gospodarcze święcą triumfy, a posiadacze i dysponenci kapitału gonią za Złotym Cielcem, a dogoniwszy go, tańczą wokół niego, jak opisano w starotestamentowym Pięcioksięgu. Gdy właśnie czytam litanię ułożoną przez Jego Świątobliwość w czasie pobytu w Kalwarii Zebrzydowskiej: Dla ubogich i cierpiących otwieraj serca zamożnych, bezrobotnym daj spotkać pracodawcę, wyrzuconym na bruk pomóż znaleźć dach nad głową, rodzinom daj miłość, która pozwala przetrwać wszelkie trudności, otóż, gdy czytam słowa tej litanii, to myślę sobie, że Jan Paweł II liczył przede wszystkim i bardziej na miłosierdzie Boskie i ludzkie niż na zrozumienie u rządzących. Pozostając na Piotrowej Stolicy wielkim patriotą i przejmując się sprawami swej Ojczyzny, przyjmował na prywatnych audiencjach wszystkich polskich prezydentów, kolejnych premierów, wielu znaczących ministrów i innych polityków, niektórych z nich nawet po kilka razy, napominał ich, aby nie marnowali dokonań „Solidarności” i daru wolności, domagał się od nich prawego wobec ludzi postępowania. I co? - chciałoby się zapytać. Mówi się, że Polacy go kochali, ubóstwiali, co jest prawdą, ale czy postępowali wedle Jego nauk w codziennym życiu? Czy go słuchali? Nie słuchali go przede wszystkim rządzący, zasłaniając się racją stanu i lichym budżetem. Mówi się, że odmienił świat. Że jako Głowa uniwersalistycznego Kościoła wpływał na dziejbę rodu ludzkiego. To też jest prawda, ale wypada zapytać, czy miało to na przykład wpływ na to, żeby było mniej ludzkiej nędzy i żeby nie było wojen? Papież z całą stanowczością wypowiadał się przeciw wojnie w Iraku i co? Ci, którzy odbierali wraz z różańcami z Jego rąk także jego błogosławieństwo - najważniejsi polscy politycy wszelkich partyjnych barw - poparli tę wojnę, wysłali na nią polskich żołnierzy. A prezydent USA, który także chwalił wielkość Pontifexa, jedzie teraz do Rzymu, by ronić sztuczne łzy przy Jego doczesnych szczątkach. Oj, świecie, świecie niedoskonały i zakłamany! Już złożony chorobą Jan Paweł II wykreślił z ostatniej, zatwierdzonej w Watykanie, wersji katechizmu tezę o dopuszczalności w niektórych wypadkach wojen. Wykreślił wzburzony nierozumieniem swoich nauk. Będą Go nazywali Janem Pawłem Wielkim. Zapracował na tę nazwę całym swym życiem. Była to postać promienna, nieprzeciętna, o wielu człowieczych cnotach, z której także ja na tej naszej Widawie byłem dumny, a teraz jestem po Nim w smutku. Napisawszy to, pójdę z Żoną do lasu posłuchać ptaków, wypatrywać pierwszych pąków na drzewach, podziwiać czmychające sarny, pogrzać się na polanie w słońcu, poczuć dech universum, którego jesteśmy cząstką... Z panteistycznym pozdrowieniem Wasz felietonista
autor: Julian Bartosz