Czy są szanse?
To bardzo dobrze, że ludzie rozdyskutowali się w naszej ""Panoramie"" o Unii Europejskiej. Martwi mnie nieco, że ta dyskusja odbywa się obok właściwego tematu. Stąd moje wtrącenie się do ostatnich ""wolnotrybunowych"" wypowiedzi.
Pewien poetycki publicysta był w tekście Nie ma innej alternatywy uprzejmy zająć się charakterystyką współczesnej Polski na tle najnowszej historii. Już w samym tytule trochę za dużo: alternatywa już sama w sobie zawiera domniemanie inności, przeciwstawności. ""Inna alternatywa"" to taka odmiana maślanego masła. Dalej jest jak zwykle u tego Autora: o komunie, niedobrych koalicjach (w domyśle oleśnicka) i świetlanych perspektywach w warunkach wolności. Autorowi chyba nie tyle "komunistyczna dyktatura", ile zupełnie inne czasy zniewoliły umysł. Powtarza bowiem obecne propagandowe bajania o przełomowych, historycznych momentach i wyborach i nawet przy tym popełnia drobne błędy. 13 grudnia 2002 roku nie "Polska podpisała", lecz premier Leszek Miller, i to nie "akces o przystąpieniu do UE", lecz dokument kończący rokowania o warunkach przystąpienia. "Akces", że pozostaniemy przy tym słowie, będzie podpisany 16 kwietnia 2003 roku w Antenach a "Polska podpisze", gdy prezydent RP uzyska na to przyzwolenie Polaków, którym przysługuje prawo i obowiązek uczestniczenia w referendum. To także drobiazg.
Zadziwia jak Autor, posługując się swym wyzwolonym ze zniewolenia umysłem, powtarza oficjalne frazesy o "nowej erze", o trwaniu "idei sierpnia" i to w momencie, gdy burzy się "Solidarność" w hutnictwie i górnictwie, na kolejach, w lecznictwie, pożarnictwie, rybołówstwie, "odzieżówce", "kablówce" i gdy także Aleksander Kwaśniewski (przez publicystę zestawiony "synonimowo" z Prymasem Tysiąclecia) apeluje do narodu o miłosierdzie! Wprawdzie przypisuje to poeta zbytnio "wzbudzonym nadziejom", ale nie bój nic: pójdziemy do Europy i nastąpi "otwarcie drogi dla Polski, dobrobytu, pokoju i upragnionej wolności".
To ostatnie zdanie najbardziej mnie martwi. Jest ono - co się tyczy dobrobytu - po prostu nieodpowiedzialne. Wprawdzie nawet ci, za którym Autor bezkrytycznie obwieszcza swoje nowe prawdy, przestrzegają, że "z początku może być trudno, że rok lub dwa przyjdzie się pomęczyć, ale za to nasze dzieci i wnuki itd.", jednakże nigdzie nie jest powiedziane, że te trudności potrwają tylko dwa lata. A jak się zbierze pięć albo jeszcze więcej? Czy Autor, któremu życzę stu lat, znów kiedyś napisze o "nadmiernie wzbudzonych nadziejach"?
Inny piszący w Wolnej trybunie Czytelnik straszy "nowoczesnym kołchozem". Taka sytuacja, jak ostrzega, czeka Polaków z Unii Europejskiej. Zwracam uwagę, że w 1955 roku, a więc w okresie największej kolektywizacji polskiego rolnictwa we wspólnej własności znajdowało się niecałe 12% chłopskiej ziemi i to w ponad 90% wedle III, najłagodniejszego, typu. Gdyby zatem uzależnienie Polski od Brukseli nastąpiło jedynie w takim 12-procentowym zakresie, co wydaje się mało prawdopodobne, to nie byłoby znów tak źle. Będzie jednak większe, bądźmy na to przygotowani. Mimo to nie mogę się zgodzić z tak stanowczo przez Czytelnika zgłoszonym "NIE" wobec UE. Szanownemu Czytelnikowi sporo się pomieszało. Nie chodzi tylko o składkę płaconą w euro (nie w dolarach) i nie tylko o konferencję w Wersalu, która przecież nie zmazała nas z mapy Europy, lecz w sensie międzynarodowym nas tam w pewnym sensie współ-wprowadziła. Chaos myślowy tego dyskutanta o UE wynika z emocji obiegowych "rydzykowatych" opinii, które wszak całkowicie podstaw pozbawione nie są. To oczywiste, że międzynarodowy kapitał będzie w jeszcze większym stopniu jak obecnie wpływał na polską gospodarkę i tym samym na losy obywateli RP. Co my możemy na to poradzić? Ot, tyle, co szwaczki elbląskie wobec właściciela firmy "Hetman". W ogóle nie chodzi o to, jakiej barwy jest kapitał: międzynarodowy czy rodzimy, polski? Kapitał nie ma ojczyzny, w istocie swej jest "transnarodowy", zwłaszcza w dobie globalizacji. Jest, powiedziałbym, totalitarny. W jednych krajach bardziej "ludzki", w innych do bólu bezwzględny. Nic tego nie odmieni! Nawet jakiś nowy Sierpień! Rzecz, moim zdaniem, w tym, że w krajach UE wydaje się taki mniej więcej "ludzki", ucywilizowany, poddany pewnym standardom tzw. dialogu ze światem pracy najemnej, cokolwiek to dziś znaczy. Dlatego - wracając do pierwszego dyskutanta - "nie ma alternatywy".
Myślę tak jako ojciec i dziadek. Czy moim dzieciom się uda pożyć jeszcze w lepszych czasach - tego pewien nie jestem. Mam nadzieję, że dane to będzie wnukom. Jakaś perspektywa jest. Żeby się ona spełniła, potrzeba przede wszystkim jednego: uczyć się, uczyć się i jeszcze raz uczyć się. Bez tego nie ma szans. Pytanie zatem zasadnicze brzmi: czy obecnie Polska stwarza wszystkim swoim dzieciom takie szanse? Do tego pytania należy wrócić.
Z alternatywnym pozdrowieniem Wasz felietonista
autor: Julian Bartosz
Skomentuj ten artykuł! (1)