Duch Hemingwaya
W Madrycie mieszkam w tym samym hotelu - „Suecia” („Szwecja”) - w którym w latach 50. zatrzymywał się Ernest Hemingway. Zanim jeszcze samodzielnie wybrał rozstanie z tym „najlepszym ze światów” - jak to mówił jeden z bohaterów sztuki Diderota. Jak byłem licealistą, byłem zafascynowany autorem „Starego człowieka i morza”. A te jego opisy miłości, to kołysanie się nieba - cytując bohaterkę jednej z jego powieści...
Noc krótka, często się budzę, rano szybkie pakowanie kosztem śniadania. Dlatego ze skupieniem studiuję menu obiadu w dobrej, polecanej nam, restauracji „La Ancha” przy ulicy Zorilla (kojarzy mi się z japońskim filmowym Godzillą z dzieciństwa, no ale człowiek nie odpowiada za swoje skojarzenia). Dobry wybór: prawdziwe hiszpańskie gazpacho z dodatkami - drobno siekana cebula, małymi kawałkami pomidorów, maleńkimi grzankami i innymi drobiazgami, a na drugie kurczak (jak wczoraj na kolację) zmyślnie faszerowany Bóg wie czym i ładnie przypieczony.
Przy stole, poza mną, Niemiec i Niemka, Portugalka, Słoweniec - deputowani oraz Francuz z administracji PE. Rozmowa nagle schodzi na Żyrynowskiego, który w zeszłym roku jako przedstawiciel rosyjskiej Dumy pojawił się w Wenecji na unijno-NATO-wskiej imprezie. Opowiadam, że ostatnio ten palant był w Polsce, gdzie rosyjska TV nagrywała show, podobny nieco do „Big Brothera”. Wystapiło tam dwóch polityków: Żyrynowski i jakiś rosyjski komuch. Moja opowieść robi wrażenie, jak opowieść o cielaku o dwóch głowach.
www.ryszardczarnecki.pl
autor: Ryszard Czarnecki
Skomentuj ten artykuł! (2)