Fajnie jest, ale...
Wracam do pewnej sprawy, którą już dwukrotnie na tych łamach daremnie podejmowałem. Postulowałem mianowicie, aby z okazji roboczych czy uroczystych spotkań przedstawicieli władz naszej oleśnickiej ziemi ze swymi partnerami w Niemczech została w formie oświadczenia czy nawet deklaracji sformułowana mniej lub bardziej dosadnie taka oto myśl: „My, wybrani przez obywateli naszych miast przedstawiciele władzy samorządowej, popierając zdecydowanie kształtowanie się nowych, przyjacielskich i dla obu stron korzystnych stosunków opartych na wzajemnym zaufaniu, wyrażamy niepokój z powodu nasilających się w niektórych środowiskach byłych przesiedleńców działań politycznych i prawnych zmierzających do rewindykacji dawnych majątków pozostawionych po II wojnie światowej na byłych niemieckich terenach wschodnich. Działania takie winny być w interesie dobrego polsko-niemieckiego sąsiedztwa i dla przyjacielskiego rozwoju naszych stosunków zaniechane, albowiem nie da się odwrócić pewnej sekwencji faktów: napaść na Polskę, wojna, zniszczenia, decyzje wielkich mocarstw”.
Jutro w ratuszu ma zostać podpisana umowa o współpracy między Oleśnicą i Warendorfem. Istniejące od lat i kontynuowana owocnie dzięki aktywnemu miejscowemu lobby kooperacja różnych środowisk obu miast ma być - w ramach tegorocznych Dni Oleśnicy - dodatkowo notyfikowana. Jest, moim zdaniem, okazja, aby do tej umowy (jako jej część w praembule lub oddzielnie jako załącznik - ganz egal) wprowadzić właśnie taki element jak wyżej przytoczony. Przy konkretnej formule w ogóle się nie upieram. Chodzi o samą ideę, że przyjaciele z Oleśnicy i Warendorfu dostrzegają pewien problem, który może zatruwać i faktycznie już zatruwa całokształt polsko-niemieckich relacji. Na ewentualny sprzeciw wobec tej oczywistej, moim zdaniem, propozycji, sprzeciw oparty na tezie, że „od tego jest wielka polityka, której my nie prowadzimy”, odpowiem tak: właśnie dlatego, że ci od „wielkiej polityki” po obu stronach utrzymują, że „jeszcze nigdy w historii nie mieliśmy tak dobrych stosunków” i wpadają sobie w ramiona, rzadko werbalizując, iż przecież nie ma żadnych problemów albo niekiedy szlachetnie „dystansując” się od nich, właśnie - powtarzam - dlatego, że pewne niepokoje społeczne zauważalne są u nas na poziomie, że tak powiem, gminnym, komunalnym - takie przez przedstawicieli obu miast podpisane oświadczenie uważam za wskazane.
Nie byłby to wcale precedens. Pracowałem kiedyś, w latach 80., przy redagowaniu takiej deklaracji z okazji zawierania umowy między Wrocławiem i Wiesbadenem. My, Polacy, chcieliśmy, rzecz jasna, pewnego odniesienia do trwałości i nienaruszalności zachodniej granicy Polski. Z ludźmi z SPD nie mieliśmy w tej mierze żadnych kłopotów: byli gotowi, zastrzeżenia wniósł pewien adwokat przewodniczący frakcji chadeckiej z Radzie Miasta Wiesbadenu: na szczeblu komunalnym tego się nie robi! Wtedy socjaldemokraci poprosili odpowiedni referat na swoim ratuszu o udostępnienie umów z miastami partnerskimi we Francji, Włoszech i w innych krajach. Wszędzie były określone ogólne odniesienia polityczne. No i do umowy z Wrocławiem one także weszły. Ponawiam zatem swoją myśl. Jeśli szczera i korzystna nie tylko dla biznesmenów czy twórców kultury czy urzędników magistrackich ma być ta współpraca, to zróbcie to! Przy słowach się nie upieram. Chcecie przesiedleńców nazwać wypędzonymi - proszę bardzo, albowiem byli przecież ofiarami wypędzenia spowodowanego pierwotnie i głównie przez niejakiego Adolfa Hitlera, którego zdecydowana większość Niemców popierała do chwili, gdy odnosił w podboju Europy zwycięstwa i Niemcy czerpali korzyści z eksploatacji podbitych krajów. Tego nie musicie pisać, ale jakiś ślad tej prawdy winien się w głowach zachować.
Do podobnej deklaracji namawiam także władze samorządowe mojego Sycowa. Przy najbliższej okazji spotkania z partnerami z Marsch należałoby tę rzecz podjąć. Ja wiem, że wszystko układa się z nimi, że tak powiem, fajnie. W ogóle kontakty z Niemcami jawią się wspaniale!!! Ostatni raz widziałem to przy bytności potomka byłego właściciela rozległych włości w i wokół Gross Wartenberg - Birona von Curland. Miejscowa gazeta pokazała ładne zdjęcie: Rada Miasta in corpore z wysoko urodzonymi eks-właścicielami byłego „wolnego miasta stanowego” - z panią reprezentującą patriotyczną partię na pierwszym planie. Róbta sobie nie tylko zdjęcia, czcijcie nawet „wspólną przeszłość” z rodową arystokracją, jak macie taką potrzebę, ale zapytajcie przy okazji, co myśli Jaśnie Książę o tych rewindykacyjnych pomysłach „Pruskiej Fundacji”. Nie mam nic przeciw sentymentalnym podróżom w krainę dzieciństwa, rozumiem nostalgiczne uniesienia, ale - na miłość Boską - czy godność włodarzy ma się wyrażać w swoistej czołobitności?
Z gospodarskim pozdrowieniem
Wasz felietonista
autor: Julian Bartosz
Skomentuj ten artykuł! (0)