Frazesy w nowej otoczce
W Wielkim Tygodniu należałoby się zająć czymś duchowym, zgłębiać istotę bytu, zastanowić się nad sensem trudu ludzkiego i w ogóle pofilozofować ontologicznie i aksjologicznie, cieszyć się nadchodzącą wiosną, śpiewem ptaków i pierwszymi liśćmi. A tu takie w polityce dziwne dziejby! Zwłaszcza u tych, którzy mówią, że są lewicą, co jest - jak się szanowne Czytelniczki i drodzy Czytelnicy pewnie zorientowali - moim ulubionym tematem. Nie mogłem się przeto powstrzymać od wyjścia wieczorową porą poza swój płot. Przeczytawszy bowiem w lokalnej sycowskiej prasie, że odbędzie się informacyjne zebranie nowej partii lewicowej, mianowicie Socjaldemokracji Polskiej (SDPL), udałem się w poniedziałek pod podany adres, aby zobaczyć i posłuchać. Warto było. Wprawdzie razem ze mną znalazło się tylko siedmioro zainteresowanych: dwóch organizatorów, jedna Pani i trzech Panów, czyli dość małowato, ale - jak mnie zapewniano - „Biuro Senatorskie Pani Marii Berny we Wrocławiu” sugerowało, aby nie stawiać na ilość, lecz na jakość. No i na młodych. Z tą młodością to za bardzo nie wyszło, choć przyznam, że dwaj organizatorzy za młodzież uchodzić mogli. To, że byli to akurat reprezentanci takich środowisk (jeden bankowiec, drugi przedsiębiorca), które dla socjaldemokracji w europejskim tradycyjnym rozumieniu typowe nie są, to wziąwszy poprawkę na c a ł o ś ć obecnej polskiej tzw. lewicy, nie należy się akurat tego czepiać. Ucieszyło mnie, że organizatorzy szczerze przyznali, że też nie bardzo wiedzą, co obecnie pod pojęciem „lewicy” należy rozumieć, ale zmartwiło (choć nie bardzo), że poza frazesami (tak: frazesami!!!) także od tych nowych socjaldemokratów nic nie usłyszałem. Co gorsze: bezkrytycznie posługiwali się zbitkami pojęciowymi lansowanymi przez media, niekonieczne „lewicowe”. Nie można mieć o to do nich pretensji, ich przywódcy w Warszawie (czy we Wrocławiu, którzy do Sycowa się nie pofatygowali) innego wzorca im nie dali. Ple-ple w otoczce „nowości” i tyle.
Usłyszałem wszakże jedną mądrą uwagę, taką mianowicie, że na szczeblu gminy (czyli komuny) posługiwanie się kategoriami z XVIII -wiecznego parlamentaryzmu (lewica, centrum, prawica) nie ma najmniejszego sensu. W komunie chodzi o bonum communis - o wspólne dobro wszystkich mieszkańców, którym to dobrem zajmować się winni fachowcy, eksperci, ludzie znający się na tym, czym się zajmują. I tego, jak im z boku radziłem, powinni się trzymać, odpowiednio głośno akcentować i starać się, jeśli potrafią przebić zastane układy, przekonywać do tego współmieszkańców naszej miejskiej gminy.
Choć poszedłem na to zebranie jako dziennikarz, przekroczyłem nieco swoją „misję” i pozwoliłem sobie udzielić obecnym dobrą radę: wyrzeknijcie się ambicji właściwej partiom, czyli chęci zdobywania władzy, nastawcie się wraz z całą polską lewicą (cokolwiek to miałoby znaczyć) na wieloletnie pozostawanie w opozycji i spróbujcie, bardzo się o to starając, zdobyć najpierw uznanie i potem poparcie młodych ludzi. Mówiłem też, choć to chyba do nich nie dotarło, że sens działania lewicy nie na tym polega, by pełną gębą „mieć socjalną wrażliwość”, by wspierać biednych, wspomagać „słabszych”, lecz na tym, aby nie dopuszczać do masowej biedy i do marginalizacji „słabych”, lecz zasypać tę przepaść dzielącą dziś polskie społeczeństwo. Od „wspierania” jest np. Caritas, lewicowa partia jest po to, aby „wspieranie” było zbędne. Zwłaszcza takie „wspieranie”, w jakim wyspecjalizował się przywódca SDPL: tańcząc na balach charytatywnych, z których marny dochód jest przeznaczony na „biednych”. Poza tym życzyłem w powyższym duchu „nowym socjaldemokratom” wszystkiego najlepszego. Starym, zresztą, niezmiennie też!
Mam dziś jeszcze jeden temat, w którym zwykłem się od lat wypowiadać. W lokalnej sycowskiej gazecie kolejny raz przeczytałem w kontekście byłych mieszkańców tutejszej ziemi słowo „wypędzony”. W świetle faktu, że ta lokalna gazeta została przejęta przez niemiecki koncern prasowy, tego rodzaju słownictwo specjalnie nie może dziwić. Pan każe, sługa musi. Jednakże - jak pamiętam z dawnych polemik na łamach Panoramy - mówienie o ludziach, którzy na podstawie międzynarodowych umów po 1945 roku zostali stąd w y s i e d l e n i, stało się już pewnym standardem. Uważam, że winniśmy ten standard odrzucić. Oczywiście, z punktu widzenia ludzi, którzy po nastaniu tu Polski musieli wyjechać do Niemiec, ta semantyczna różnica nie ma żadnego znaczenia. Dla klarowności politycznej i także moralnej nastawałbym jednakże na inne niż „wypędzenie” określanie owych oczywistych powojennych dramatów.
I w żadnym wypadku nie godziłbym się na to, aby z okazji kontaktów oleśnickich, sycowskich, twardogórskich czy innych jeszcze grup interesów z niemieckimi partnerami pojawiało się owe słowo bądź w postaci dwu- czy jednostronnych dokumentów, bądź w jakiejkolwiek innej postaci.
Kończę, bo muszę dołożyć do kominka. Nawet wiosna nie taka, jak „trza”!
Z wielkopiątkowym pozdrowieniem
Wasz felietonista
autor: Julian Bartosz
Skomentuj ten artykuł! (4)