Hymn na piętnastolecie
Jeśli się zatem zdarzy (a zdarzyć się przecież ma prawo, a nawet taki mus), że w czasie świątecznego czy sylwestrowego spotkania rodziny przy mniej lub bardziej zastawionym stole wyczerpią się nam tematy bliskie naszemu sercu, tematy dobre, ciepłe i pożyteczne i „chcący” czy też przypadkowo „wdepniemy” w tak zwaną politykę, to nie należy panikować, uciekać od niej, zakazywać ją wręcz, lecz spokojnie sobie zadać pytanie: co rzeczona polityka (cokolwiek to pojęcie miałoby znaczyć) nam w odchodzącym roku dała i czego można się po niej w następnych dwunastu miesiącach spodziewać?
Kwestię sformułowałem prostacko, żeby nie rzec po akademicku, ale w narzuconym nam przez medialną czwartą władzę świecie prezentowanym przez tak zwaną klasę polityczną takie uproszczenia uchodzą przecież za przejaw tzw. political correctness. Polityczna poprawność polega właśnie na symplifikowaniu wszystkiego, co składa się na egzystencję jednostki i na życie wspólnoty. W polityce, gdzie występują tylko „my” i nasi wrogowie, jest wszelako albo tak, albo siak. Albo coś jest dobre, albo złe. Albo bohaterskie, albo zbrodnicze. Albo patriotyczne, albo zdradzieckie. Albo ekonomicznie racjonalne, albo demagogiczno-populistyczne i takie tam jeszcze i wciąż w kółko to samo.
Tak przebiegają linie podziału. Odsuwając je od siebie, przyznaję, że zostaliśmy prawie bez reszty wchłonięci w takie właśnie „ustawianie” wartości, którymi rzekomo kieruje się polityka w ogólności, a politycy w szczególności. A my co? Czyżbyśmy już nie umieli (albo dla wygody czy z umysłowego lenistwa nie chcieli) myśleć w innych kategoriach? Nawet w takich, o których co niedziela słyszymy z czytania Pisma? Czyżbyśmy przez piętnaście lat zostali „oszlifowani” do wymiaru kulek, którymi chcieliby do siebie strzelać protagoniści tzw. politycznej sceny? Ależ skąd! - krzykną ze wszystkich stron biegli w sztuce zawracania nam głowy i mistrzowie oszukańczych sztuczek. Ci, którzy faktycznie mają nas za głupców, choć nigdy tego nie powiedzą, wmawiali nam i w nadchodzącym roku wyborczym wmawiać będą tym usilniej, że jesteśmy członkami Społeczeństwa Obywatelskiego mającymi decydujący głos w sprawach Ojczyzny. Furda tam!
Z pełnym przekonaniem piszę oto, że pod tym względem między „postkomuchami” i „postsolidaruchami”, a nieco fałszywie to widząc - między lewicą a prawicą nie ma istotnych różnic. Sami powiedźcie, czy w ciągu minionego piętnastolecia, podczas którego przez osiem lat rządzili „zajączkowi”, a przez siedem „czerwoni”, zwykli ludzie doświadczali rzeczywistych różnic? Po pierwszych czterech latach rządów „etosowców” dorwali się do władzy tzw. lewicowcy z obozu „postkomunistycznego”, by po swoich rządach tak rozczarować większość narodu, by oddać ster w ręce szalonych buzkowych reformatorów, którzy sprawili, że potem niemal połowa wyborców znów i jeszcze raz uwierzyła tym spod znaku Millera. A teraz wiadomo, że do władzy szykują się Rokita, Kaczyńscy, a może nawet Giertych. Ciąg dalszy tragedii pomyłek!
Ta wielka karuzela kręcąca się na ojczyźnianym jarmarku próżności napędzana jest naszymi nadziejami i naszą łatwowiernością. Nadziejami, bo sądzimy, że następnym razem obietnice dążących do władzy (a to właśnie, a nie żadne wspólne dobro, jest polityką) zostaną spełnione; łatwowiernością, gdyż wbrew doświadczeniom ciągle skłonni jesteśmy ulec złudzeniom. Mamią nas procentami wzrostu, mocnym pieniądzem, członkostwem w tym i owym, śródziemnomorskimi wartościami, walką z terroryzmem, a większość narodu, choć za każdym razem jest oszukiwana, nie mając innego wyboru, gotowa jest postawić na tych, co nadejdą po złych poprzednikach. Albowiem ci, którzy świadomi swej klęski się teraz dwoją i troją w dzieleniu, własnej tylko skóry bronią. Lewica nie tylko „przekrętami” upada. Ona przepada w naszych oczach, bo jej rządy były po prostu jedną wielką aferą zdrady wobec swoich wyborców. I ani tyci-tyci nie wierzę w to, aby za ich następców większość narodu odniosła z ich rządów większy pożytek. Chyba żeby Świątynia Opatrzności Bożej na Wilanowie wreszcie została dokończona i Pan Bóg w podzięce za to sprawi w Polsce cud. Trzeba mieć w sobie iście atomowy ładunek wiary, aby móc liczyć na cud urzeczywistniany „cuglami” w rękach panów, którzy przestrojeni w nowe partyjne szaty udawać będą, że poczną od jesieni całkiem inaczej, niż w poprzednim „etosowym” przebraniu.
Wiem, że nadchodzących najbliższych radosnych dniach, kiedy wypatrywać będziemy gwiazdki na niebie i następnie dzielić się opłatkiem, wszystkie te sprawy naszego rodzimego padołu zejdą zrazu na plan daleki, aby jednak w odpowiedniej chwili, ni stąd ni zowąd, wkraść się w naszą radość z Bożego Narodzenia jakąś herodową wieścią.
Z wigilijnym pozdrowieniem
Wasz felietonista
autor: Julian Bartosz
Skomentuj ten artykuł! (2)