Ja jako mówca...
Miałem pięć wystąpień w PE w ciągu 3 dni. To chyba rekord. Tematyka: od sytuacji Polaków, legalnie pracujących w Iralnadii Północnej, ale mimo to wykorzystywanych przez niemiecką, znaną też w Polsce, sieć handlową Lidl, przez Irak i Biesłan - Osetię Północną, aż po genetycznie przetwarzaną kukurydzę, którą Komisja Europejska pozwoliła importować z USA i - wreszcie - projekt Konstytucji UE. Do tego dochodzi jedno wystąpienie w lipcu, w sumie sześć. Najwięcej z europosłów z Dolnego Śląska, ale też najwięcej z Polski.
Wynika to z dwóch powodów:
1. Jako niezrzeszony europoseł mam, co prawda, krótszy czas wystąpień, ale mogę ich mieć znacznie więcej, bo dopchać się do mikrofonu np. w klubie chadeków to dla wielu kwestia pół roku, a nawet roku. Eurodeputowani z dużych klubów zazdroszczą mi tej możliwości.
2. Umiejętne wykorzystanie szansy przemawiania w imieniu nie tylko grupy politycznej, ale też indywidualnie. Są tu 3 formuły: a) 1 minuta na początek każdego podsiedzenia, ale pytanie do przewodniczącego PE musi on sam zaakceptować, a następnie ustalić kolejność wystąpień; b) pytanie do Komisji Europejskiej; c) pytanie do Rady Unii. Wszystkie te szanse wykorzystałem...
Sądząc z komplementów szeregu osób, od Geremka i Saryusza Wolskiego poczynając, a na LPR kończąc, ilość przeszła w jakość. Najgorsze jest to obsesyjne obserwowanie zegara odliczającego sekundy, tak aby nie przekroczyć, albo przekroczyć o najwyżej 20 sekund, czas przeznaczony dla mnie. I nie narazić się na odebranie mi głosu, lub choćby demonstracyjne walenie młotkiem w pulpit przez przewodniczącego Parlamentu Europejskiego.
Następną szansę będę miał w drugiej połowie października...
Autor jest deputowanym do Parlamentu Europejskiego
autor: Ryszard Czarnecki
Skomentuj ten artykuł! (6)