Kim jest „Delegat”?
W odróżnieniu od garstki agentów i polityków wywodzących się z „Solidarności” nie tylko mało mnie interesuje, kim jest „Delegat”, ale zupełnie nie rozumiem, o co chodzi w tej całej aferze.
Wszystko dlatego, że patrzę na świat zupełnie innymi oczyma, niż ludzie nie mający pojęcia, o co chodzi w tzw. „polityce w d***kracji”. Ludzie zapominają, że gdy nie ma monarchii, gdy zlikwidowano rządzącą mono-partię - to rządzi bezpieka. Co prawda: dopiero ta „Solidarność” zarejestrowana 17-IV-1989 był agenturą bezpieki, ale już przy założeniu „S” od agentów aż się w niej roiło, czego dowodzi wybór p. Lecha Wałęsy na jej szefa. I, oczywiście, agenci (jeśli dostali takie instrukcje!) wzajemnie się wspierali przy wyborze delegacji. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby 90% delegatów „S” na audiencję w Watykanie było agentami SB, WSI itp. I pewien jestem, że sprawozdanie „Delegata” jest tylko jednym z kilku.
Dobrzy, naiwni ludzie są zszokowani, że w składzie delegacji „S” był agent SB. Ja chyba trupem bym padł ze zdumienia, gdyby tam nie było żadnego agenta!
Pozostaje, oczywiście, pytanie: czy ludzie z IPN upubliczniają akurat to, co im w rękę przy przeglądaniu akt wpadnie, czy też przy ustalaniu kolejności kierują sie jakimś kryterium: politycznym? wyznaniowym? każdy ma własne? I to może mnie, jako polityka, interesować. Ale to, że w „S” byli agenci, to nie żadna informacja. „Pies pogryzł człowieka” - czy to kogoś interesuje?
Aha: nie zapominajmy o agentach CIA, BND, KGB, IS, StaSi - co to byłby za wywiad, gdyby nie miał swoich ludzi w „S”? Zwłaszcza akta KGB i StaSi mogą być interesujące.
Pewien jednak jestem, że BundesNachrichtenDienst nie dopuściła, by akta ważnych i nadal działających agentów znalazły się w archiwum wiel. Joachima Gaucka...
autor: Janusz Korwin-Mikke
Skomentuj ten artykuł! (2)