"Krakusgate"
Jest karnawał i wszyscy, których na to stać i mają ku temu ochotę, hucznie się bawią, najczęściej mając na względzie cele tzw. charytatywne. My też się zabawmy, ale inaczej: nam nie tańce i śpiewy w głowie, my się troszczymy, proszę Państwa, o dobro publiczne. Nasza zabawa polegać będzie na swoistej lokalnej symulacji pewnego przełomowego przedsięwzięcia, które zostało zainicjowane i podjęte w samej stolicy Polski. Nazywa się to przedsięwzięcie "komisja śledcza" wybrana w Sejmie RP i obsadzona na zasadzie "parytetu" przez koalicję i opozycję. Ma się ta "komisja śledcza" zająć aferą, której nadano w mediach określenie Rywingate. W rzeczy samej termin ten ma szansę stać się synonimem pojęcia "korupcja". Słowo to jest we współczesnej Polsce dość znane. Oznacza mniej więcej sprzedawanie i kupowanie wszystkiego, dosłownie wszystkiego, od "angażu" i "autorytetu" (litera "a") poczynając, na "zdrowiu" czy "zamówieniu" (litera "z") kończąc. Między początkiem i końcem alfabetu mieści się całe bogactwo neoliberalnego i demokratycznego życia naszej kochanej Rzeczypospolitej. Jak widzieliśmy to w telewizjonie w ostatni wtorek, owa "komisja śledcza" już rozpoczęła działanie. Ograniczyło się ono do kłótni o zasięg śledztwa. Czy skupić się na znanym producencie filmowym i ewentualnie na jego kontaktach z "grupą stojącą przy władzy" czy też poważnie zająć się całym tym "zblatowanym" towarzystwem (określenie z Polityki), które utworzyło się na styku polityki, gospodarki i mediów i tworzy w sumie tzw. elity, często gęsto kojarzone właśnie z kupowaniem wpływów, wszelakiej władzy i bezkarności? Zostawmy jednak tę zabawę w walkę z korupcją na najwyższym, stołecznym szczeblu, bo i tak nie zdołamy się w tym do końca rozeznać. Spróbujmy zasady tej gry (bo w gruncie rzeczy z nią właśnie mamy do czynienia, choć gra jest bardzo poważna) przenieść na nasze podwórko. Wychodzę przy tym z realistyczno-pesymistycznego założenia, że również na niwie lokalnej gra ta będzie przypominać ciu-ciu-babkę, z tym że na końcu i tak nikogo się nie złapie. Taka gra toczyć się może na całej przestrzeni od Bałtyku do Tatr, także, dajmy na to, w Oleśnicy. Czyż asumptem do niej nie może być tekst w naszej Panoramie, która w ubiegły piątek na pięciu szpaltach pytała: "Władza bawi się w Poznaniu?". W sposób równie mglisty jak w rozmowie między Rywinem i Michnikiem sprawozdawca, powtarzając czyjeś (?) pytanie w czasie zebrania Stowarzyszenia Pracodawców Gmin Powiatu Oleśnickiego, odczytał, że "oleśniccy dygnitarze, wysocy urzędnicy bawili się w Poznaniu na koszt firmy Krakus, która kupiła grunt i ma budować nowy supermarket". Zwróćmy uwagę na pewne elementy wspólne z "Rywingate". Tam Rywin powołuje się na "grupę przy władzy", tu mamy równie anonimowe "czyjeś" pytanie. Tam Miller uznał wieść o działaniach producenta filmowego za "niepoważne i śmieszne", tu jeden z panów, którego - w domniemaniu - sprawa mogłaby dotyczyć, o "mało ze śmiechu nie pękł". Tam chodzi o pieniądze w interesach (medialnych), tu o nieco mniejsze pieniądze w interesach (budowlano-handlowych). Tam chce się kupować ustawę, tu tylko administracyjną decyzje. Tam Rywin w konfrontacji z premierem przyznał, że niepotrzebnie "chlapnął" jego nazwiskiem, tu ktoś wycofał się do "domniemania niektórych ludzi" i "nie powiedziano, kto to miałby być". I jest teraz pytanie: czy także w tym lokalnym casusie powołać "komisję śledczą"? Kto niby miałby w niej zasiąść? Tu się żadnego "parytetu" między rządzącymi i opozycją stworzyć nie da: "lewicowy" wiceburmistrz siedzi przecież ze swym szefem w jednej łodzi i na dobrą sprawę też się teraz zalicza do dygnitarzy. Na stanowcze działanie prokuratury specjalnie liczyć chyba nie można. Chyba, powtarzam, bo np. przy wyjaśnianiu spraw związanych z potrzebą ustalenia odpowiedzialności za usterki przy wznoszeniu hali sportowej w Sycowie postępowania nie podjęła. Z urzędu sprawy nie wniesie z uwagi na "małą szkodliwość społeczną". Pomówieni "oleśniccy dygnitarze" są na tyle przezorni, że cywilnego postępowania nie wdrożą. Nikt przecież nie zna firmy "Krakus", choć może dawniej nieraz pałaszowali szynkę z kilowych puszek z eksportowego odrzutu (Pewex za bony). Będzie więc tak jak z tym krowim łajnem rzuconym na ścianę chałupy, aby ją wzmocnić. Choć śmierdzi trochę, wisieć będzie aż się przykry zapach ulotni. Smród będzie zresztą mniejszy niż od tego szaletu za niewiarygodną cenę, o którym nikt nie wie, skąd się właściwie wziął (Notabene, byłby to wdzięczny temat dla nowej rzeczniczki prasowej burmistrza, oby tylko pisała krócej i do rzeczy). Tak czy siak nasza miejscowa "Krakusgate" skończy się prędzej niż ta afera w najwyższych "elitach". A co do gruntu, miejskiego gruntu w spółdzielczym "wiecznym użytkowaniu", to jestem spokojny, całkowicie. Jak jest towar i kupiec na niego, to będzie i transakcja. Ze śledczym pozdrowieniem Wasz felietonista
autor: Julian Bartosz
Skomentuj ten artykuł! (2)