Mamy jakiś wybór?
Znajomy sycowianin uchodzący za człowieka zorientowanego w tutejszych stosunkach społecznych zagadnął mnie ostatnio: „No, niech mi pan, redaktorze, powie, co to się z ludźmi dzieje, powariowali?”. Poprosiłem go, żeby się wyraził jaśniej. On na to tak: „Podchodzą do mnie różni obywatele, rozumiemy się, i pytają, gdzie by to mogli się zapisać do Samoobrony”. Odrzekłem, że ja się temu mimo wszystko nie dziwię. „Ale to jeszcze nic!” - zawołał znajomy bywalec. - „W większości są to ci sami, którzy blisko 24 lata temu pytali, gdzie się mogą zapisać do Solidarności!”. Znowu odpowiedziałem, że i to mnie nie zaskakuje. „Jak to? Raz tu, to znów tam?” - dziwił się. Myślę, że on to zdziwienie udawał, co się zresztą w toku dalszej przygodnej rozmowy potwierdziło. Bo dziwić się nie ma czemu. Jak wtedy byli, tak i teraz są ludzie pełni goryczy i zawodu. Prawie ćwierć wieku temu i obecnie jest w narodzie poczucie krzywdy, oczywiście w różnym natężeniu. Różnica ta jest zrozumiała, w końcu co innego było niegodzenie się z krzywdą pod „komuną”, co to miała niby dbać o sprawiedliwość społeczną, a co innego narzekanie na krzywdy doznawane od „demokratycznego państwa prawa”, które rzekomo gwarantuje „równość szans”. Ponadustrojowe rozmijanie się rzeczywistości z obietnicą rządzących, pomnożone przez niesamowite wręcz rozwarstwienie na elitę bogatych i masę biednych, a wszystko to jako suma jeszcze podniesione do entej potęgi przez bezrobocie - wszystko to stwarza mieszankę może nie tyle wybuchową, ile śmierdzącą. Jest wszakże różnica o wiele poważniejsza. Wtedy, ćwierć wieku (bez jednego roku) temu, ludzie zapisujący się masowo do Solidarności mieli Nadzieję. Obecnie nadziei tej są pozbawieni. Dziś mają jedynie złudzenia. Albowiem wyrosła z poczucia ludzkiej krzywdy Samoobrona roztacza tylko iluzje. Jest właśnie tak z tego powodu, że w gruncie rzeczy Solidarność dążyła do obalenia „komuny”, chociaż tego z początku nie całkiem była świadoma. A co może chcieć obalić Samoobrona? Kapitalizm? Demokrację? Pluralizm? Wolność?
Andrzej Lepper na to pytanie odpowiada, że chce obalić złodziejstwo, korupcję, kupczenie majątkiem narodowym i w ogóle. Że ma program likwidacji bezrobocia, projekt podniesienia rent i emerytur, a także zarys lepszego umiejscowienia Polski w Europie. Wszystko to ma odpowiednio przygotowane z pomocą „wybitnych ekspertów”. Ludzie przepełnieni poczuciem krzywdy i beznadziei chętnie mu wierzą. Trzeba, oczywiście, zmienić w tym celu Konstytucję, albowiem wszystko musi być zgodne z Prawem - mówi. Zmarły Profesor Franciszek Ryszka udowodnił w swym dziele Państwo stanu wyjątkowego, że prawo autorytarne, dyktatorskie też jest prawem, jakkolwiek z prawem w powszechnym rozumieniu się rozmija. Pan Lepper powiada także, że powinno się obrać jakąś „trzecią drogę”. Pomysł sam w sobie zły nie jest, ale gadulstwa o „trzeciej drodze” było w różnych krajach w różnym czasie, tyle że mamy istny i paranoidalny „komunikacyjny” chaos. Ta „trzecia droga” to szczyt iluzji. Albo się idzie drogą kapitalistyczną, i wtedy nie dziwmy się patologiom w rodzaju złodziejstwa i korupcji, bo to też swoisty sposób uzyskania maksymalnego zysku, albo drogą niekapitalistyczną czyli socjalistyczną. Pierwsza jest realnością, druga - po doświadczeniach „realnego socjalizmu”, a także w świetle hasła o przeżyciu się „państwa opiekuńczego” (Szwecja, RFN - do czasu) - pobożnym życzeniem, zwłaszcza w dobie globalizacji. Żeby spełnić swe obietnice, pan Lepper musiałby przeprowadzić rewolucję, ale ani on nie jest rewolucjonistą, a kim jest - trudno określić, ani nie ma na rewolucję przyzwolenia społecznego. Ludzie chcą tylko jednego, tego mianowicie, aby Polska stała się rzeczywiście normalnym krajem, cokolwiek to znaczy. Teraz normalny nie jest i pod rządami Leppera, Giertycha i Kaczyńskich też nie będzie.
Samoobrona, która dawne intelektualne zaplecze Solidarności ma nie za sobą, lecz zdecydowanie przeciw sobie, „populizmem” niezbyt wiele różni się od pierwszej Solidarności. Mówi o sprawach, o których powinna była nie tylko mówić partia określająca się jako lewicowa. Ona wprawdzie w swoich programach i obietnicach tak mówiła, ale robiła wręcz co innego. „Lepper wyrasta na potęgę przez Millera, uosobienie zła i nieudolności”, jak się ostatnio wyraził Mieczysław F. Rakowski, który w obliczu oczywistych niemożności trwania systemu miał odwagę do „wyprowadzenia sztandaru”. Powiedzmy to jednak do końca: Miller nie był sam. Część z tych, którzy z nim byli, gdy obiecywał gruszki na wierzbie, puszczają go teraz w trąbę i usiłując tworzyć „coś nowego”, chcą „ratować”, co jeszcze jest niby do uratowania. Jakkolwiek znów mówią, że chodzi im o Polskę, wiary w narodzie trudno im będzie znaleźć. Nieszczęście, jakie nadchodzi, polega na tym, że ludzie mogą uwierzyć w to, że pozostaje im tylko wybór między Rokitą a Lepperem. Czyżby mimo wielkiej wiary i pobożności Pan Bóg przestał lubić Polaków?
Z byle jakim pozdrowieniem
Wasz felietonista
autor: Julian Bartosz
Skomentuj ten artykuł! (3)