Na pograniczu prawdy
Sąsiadka, wybierając się z pielgrzymką do Częstochowy, zapewniła mnie, że będzie się modlić na Jasnej Górze także za mnie, bezbożnika. To bardzo dobrze, myślę sobie, albowiem tak się składa, że zabieram się właśnie do „grzeszenia”.
Nie wiem, czy to grzech wielki i poważny, chodzi bowiem o dociekanie prawdy. Jak przeczytałem w ubiegły piątek w naszej „Panoramie”, jeden z oleśnickich duchownych, wygłaszając homilię podczas mszy świętej z okazji 60. rocznicy Powstania Warszawskiego, miał m.in. powiedzieć, że „bohaterów się oczernia, tymczasem zdrajcy ojczyzny mają władzę i stanowiska”. Jak podaje autor relacji zatytułowanej „Siew powstańczej krwi”, duchowny ów miał także powiedzieć, że „to my powiedzieliśmy zaborcom, i tym brunatnym, i tym czerwonym – NIE”. Nie mogę być pewnym, czy takie słowa rzeczywiście mogły zostać wypowiedziane. Porównywanie „brunatnych” zaborców z „czerwonymi” nie bardzo bowiem odpowiada temu, co na ogół określa się jako prawdę. Gdybym się mylił, to rzeczony duchowny pod „czerwonym” zaborem na pewno nie zostałby polskim księdzem. W przeciwieństwie do „brunatnych”, którzy zabijali polskich księży, wysyłali ich do obozów koncentracyjnych i ogłosili, a także egzekwowali, całkowity zakaz kształcenia Polaków w seminariach i fakultetach teologicznych, „czerwoni” na takie kształcenie duchownych w Polsce, krzywo nieco patrząc, pozwalali i nawet w tym materialnie pomagali. Przecież księży nie kształcono i wyświęcano w PRL nielegalnie, w „podziemiu”. Przyznać, oczywiście, należy, że „czerwoni zaborcy” popełniali, zwłaszcza w czasach stalinowskich, ciężkie grzechy przeciw Kościołowi, że stosunki Państwo-Kościół aż do 1989 układały się raz lepiej, raz gorzej, ale na ogół biskupi i księża nie mówili NIE „czerwonym zaborcom”. Słynne „Non possumus” księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego, które padło właśnie w zenicie stalinizmu w Polsce, było jedynym tego rodzaju aktem strzelistym i dotyczyło sytuacji, w której państwo usiłowało wkroczyć w wewnętrzne sprawy Kościoła. Owszem, popełnione zostały w latach PRL ewidentne zbrodnie, których ofiarą padali księża, ale mimo wszystko „brunatnych” i „czerwonych” do jednego worka wrzucać się po prostu nie godzi.
Nie sposób też pozostawić bez sprzeciwu zdania, że „bohaterów się oczernia, tymczasem zdrajcy ojczyzny mają władzę i stanowiska”. Czy bohaterów się oczernia pozostawiam do oceny szanownych Czytelniczek i drogich Czytelników naszej „Panoramy”. Jakich to zdrajców ojczyzny mających władzę i stanowiska miał wielce czcigodny duchowny na myśli? Jak się wie, że ktoś jest zdrajcą ojczyzny, to każdy lojalny Obywatel Rzeczypospolitej ma obowiązek zgłosić to do odpowiednich władz naszej Rzeczypospolitej a nie kłapać po próżnicy. Komu z obecnie znajdujących się przy władzy postawiono zarzut zdrady Ojczyzny? Może wypowiadający (?) te słowa miał na myśli marszałka Sejmu Józefa Oleksego, któremu faktycznie przed ośmiu laty taki zarzut postawiono, jak się teraz okazało przy pomocy spreperowanej „teczki”. Zdrada Ojczyzny to najcięższe oskarżenie, jakie można przeciw komukolwiek wytoczyć. Może owemu duchownemu chodziło o to, że generalnie całe to paskudne PRL było jedną wielką zdradą Polski. Wobec takiego ewentualnego i autorytatywnego dictum wszelki sprzeciw byłby zbędny: po prostu taki „argument” powala i nie ma żadnego „zmiłuj się”, co ze skruchą wyznaję.
Zaznaczam, i przywiązuję do tego znaczenie, że z owym cytowanym (?) duchownym nie podejmuję żadnej polemiki w sprawach transcendentnych, ani nawet do nich zbliżonych. Moje nieśmiałe uwagi mają charakter polityczny, albowiem przytoczone wyżej cytaty także są tym nacechowane. Nie widzę w tym niczego zdrożnego, kiedy osoby duchowne w sprawach politycznych się wypowiadają. Zgadzam się ze zdaniem Jego Eminencji księdza kardynała Józefa Glempa, że duchowni, jak wszyscy obywatele, poglądy polityczne mają i mogą je reprezentować. Cytowany wyżej duchowny oleśnicki z tego prawa zrobił użytek. Uczynił to chyba jednoznacznie z pozycji prawicowej – tak jak zdaniem Instytutu Spraw Publicznych na podstawie przeprowadzonych w 2003 roku badań „statystyczny portret księdza” czyni to większość proboszczów i wikarych. „Nasi duchowni” – czytamy w raporcie z badań – „są ludźmi bardzo interesującymi się dyskursem publicznym i politycznym. Sympatie polityczne duchownych skupiają się wokół prawej strony sceny politycznej”. Jeśli tak jest, a jest, to człowiek o lewicowych poglądach, zgodnie z zasadami demokracji wywodzącymi się z całą pewnością z tradycji może nie tyle rzymsko-łacińskiej (jak chce nasz duchowny), ile grecko-rzymskich czyli śródziemnomorskich, ma pełne prawo z tą prawą stroną się nie zgadzać i dać temu wyraz, co właśnie uczyniłem.
Pisząc ten tekst, cały czas się zastanawiałem, czy sprawozdawca „Panoramy”, za którym cytowałem pewne fragmenty homilii, na pewno dobrze słyszał.
Z wątpiącym pozdrowieniem
Wasz felietonista
autor: Julian Bartosz
Skomentuj ten artykuł! (1)