Nie ma Miłosza na dziś
Do podzielenia się swymi myślami po lekturze Zniewolonego umysłu Czesława Miłosza przystępuję z dużym trudem. Nad liczącą niecałe 200 stron książką ślęczałem wiele dni i nie wynikało to tylko z bardzo „gęstego” druku. Lektura, przyznaję, wstrząsa, uderza obuchem - przynajmniej takich starych ludzi o lewicowych poglądach jak mnie. Miałem w latach 60. tę książkę, przekazywaną z rąk do rąk, na kilka godzin i z pobieżnego wówczas przejrzenia wyniosłem wtedy jeden tylko wniosek: wredna, antykomunistyczna. I taką antykomunistyczną wymowę ten traktat napisany jeszcze przed śmiercią Stalina w istocie ma. Jednakże ograniczenie się do tej konstatacji byłoby zbyt banalne. Nie chodzi przecież tylko o to, że Miłoszowe pisanie odnosiło się jedynie do czasów stalinowskich. Uświadomienie totalnego absurdu „norm” czasów, w których przyszło żyć, i najprzeróżniejsze postaci świadomego zafałszowania siebie samego, aby jakoś być, trwać mimo wszystko - zwane przez Autora „murti-bingizmem” i „ketmanem” - czyli postawy i zachowania określane na co dzień jako oportunizm czy konformizm (choć to treści obu dziwnych słów nie wyczerpuje) - to wszystko rozciąga się na znacznie dłuższy czas. Wedle mnie diagnoza zachowań społecznych pewnych grup i warstw ludzi dana przez Miłosza przeszło pół wieku temu ma wymiar ponadczasowy i - mimo osadzenia w realiach Polski i innych krajów Europy wschodniej - uniwersalny. Antykomunizm może być i jest często „anty” w ogóle, jak choćby w Orwellowskim Roku 1984. Poza tym warto dokładnie wiedzieć, co pojęcie to oznacza.
Przynudzam, wiem, ale dlaczego niby pismo, jak nasza Panorama, nie miałoby sięgnąć czasem nieco głębiej pod powierzchnię zjawisk społecznych i politycznych? To, że Poeta pisze krytycznie (choć bez potępienia) głównie o intelektualistach polskich, którzy wbrew temu, co mieli w swoim „wnętrzu”, dostosowali się w latach 40./50. do „UŚWIADOMIONEJ KONIECZNOŚCI” i skłonni byli przyznać, że „filozoficznie” jest to równoznaczne z wolnością, nie oznacza, że stanowiło to jakiś historyczny ewenement. Choć inna jest dziś KONIECZNOŚĆ, dostosowanie się (choćby do wymogów „wolnego rynku” czy do fałszywie pojmowanej, z góry bezdyskusyjnie, choć nie „centralistycznie”, narzuconej „racji stanu”) uchodzi przecież jeśli nie za cnotę, to w każdym razie zaświadczyć ma o racjonalnym zachowaniu, o „mądrości życiowej”, a czasem nawet o patriotyzmie. Kto się nie „dostosuje”, nie potrafi się „znaleźć w nowych czasach”, jest out. Różnica między „dawniej” i „teraz” sprowadza się do tego, że ma się „wolny wybór”. Potrafisz się „dostosować” - dobrze, nie potrafisz - twoja sprawa. I „nie dostosować się” absolutnie ci wolno. Nikt nie będzie miał o to pretensji. Przeciw przymusowi „dostosowania się” pozostawał kiedyś tylko bunt, a ten - do pewnego czasu bezlitośnie w zarodku duszony - jawił się bez sensu. Teraz buntować się wolno „w ramach prawa”, a nawet wbrew niemu, ale sensu to też niewiele ma. Sam Poeta pisze o „fikcji systemu parlamentarnego”, która to fikcja „zapewnia władzę zawsze tym samym grupom społecznym. Niemniej możność pójścia do urn wyborczych i złożenia swego głosu przeciwko komuś ma wartość ożywczego toniku”. Manifestacje przeciw rządowi, strajki, czytanie opozycyjnych gazet „dostarczają chwil emocjonalnego wyładowania, prawdopodobnie bardzo potrzebnych”. Tak jest: „wyładowywać się” wolno! I na tym polega duża przewaga „nowego” nad „starym”.
Zniewolony umysł to trudna lektura. Co do większości intelektualistów tamtego czasu Miłosz miał rację. Wobec tych, którzy stanowili, jak sam pisze, trzy piąte narodu, był jednak niesprawiedliwy. Byłby to temat na oddzielny tekst, teraz zauważę tylko, że będąc pięknoduchem i - do czasu - pieszczoszkiem tamtej Władzy tak okrutnej (!), nie umiał dostrzec, że przy całej nędzy materialnej wśród totalnych zniszczeń ten czas „zniewolenia elit” przyniósł obiektywnie oswobodzenie socjalne i awans społeczny dla milionów ludzi, owszem, także niemiłosiernie eksploatowanych (tzw. normy w pracy), ale oficjalnie awansowanych do roli „demiurgów”. To prawda, robotnicy nie mieli żadnego realnego poczucia własności w „uspołecznionej” gospodarce, i chłopi, dopiero co obdzieleni reformą rolną, bronili się rękami i nogami przed „uspółdzielczeniem” (w 1956 roku ledwie 10% ziemi w „kołchozach”), jednak, jak mi się wydaje, samoświadomość tych „dołów społecznych”, choć też tłamszone frazesami i przymusem, przemieniała się z czasem w poczucie suwerena, i z tego poczucia wyrosła w końcu siła zdolna do skutecznego wolnościowego zrywu. W tym sensie katastroficzna wizja Miłosza, że kiedyś w naszej części Europy całkowicie i bez reszty będą same republiki moskiewskiego Centrum, na szczęście się nie sprawdziła. Czy sprawiły to „wyzwolone umysły”, czy też rozwścieczone „doły” obecnie fikcyjnie wolne - temat ten godny jest nowego Miłosza. Miałby co pisać, ale go nie ma.
Z lektorskim pozdrowieniem
Wasz felietonista
autor: Julian Bartosz
Skomentuj ten artykuł! (3)