Nie samym majem...
W pierwszym po wuniowstąpieniu kawałku ja, Europejczyk, chcę serdecznie podziękować innemu Europejczykowi, Panu Stanisławowi, za to, że osłodził nam życie na Widawie. Zaraz za naszym płotem rozciąga się jego rozkwitłe teraz na żółciutko pole rzepakowe, które tak pachnie, tak pachnie, że po prostu na duszy robi się miodowo. Pszczoły w tym rzepaku nieustannie po swojemu basem śpiewające obsługują przy okazji jabłonki w moim sadzie, a jak z rodziną siedzieliśmy w ostatni długi weekend w altance, to nawet przylatywały do ciasta na stole, niepotrzebnie czyniąc zamęt u biesiadujących.
Mamy też inny wielki ruch na Widawie, z którego pewnie też dla nas wyniknąć może korzyść. Ruch budowlany. Wykopali dwaj sycowianie najpierw jeden wielki staw i jeśli mi zezwolą, to taki swoisty basen do pływania będę miał dosłownie o rzut kamieniem - zaraz po drugiej stronie rzeczki. Poniżej zaś, jak się zdaje, kopią staw zasilany na bieżąco wodą Widawy i wygląda mi na to, że ryby będę miał, za pozwoleniem właściciela (?), na miejscu. Z innych ważnych spraw na Widawie trzeba odnotować, że dosyć późno, ale w końcu, trafiła do swojego gniazda na drzewie koło Pana Muszyńskiego nasza widawska bociana para. Jaskółki też się stawiły i już od kilku dni wysoko latają wieszcząc, że na deszcz w najbliższych godzinach nie ma co liczyć, niestety.
Jak się to mówi, nie samym majem człowiek żyje. Wiem, oczywiście, że porzekadło brzmi nieco inaczej, ale moja modyfikacja również ma głęboki sens. Błogostan tutejszy zdecydowanie kontrastuje z tym, co dzieje się na tzw. niwie publicznej. Te sprawy podzieliłbym na warszawskie i prowincjonalne. Najpierw o tych centralnych. Tyle się nachwalił przed swoim spóźnionym co najmniej o rok odejściem eks-premier i tyle pięknych słów wypowiedziała na jego temat głowa państwa, że w tym gąszczu samouwielbienia i pokłonów (z lekką krytyką) zapomniano o jeszcze jednej „zasłudze” pana Leszka Millera. On nie tylko „wprowadził” nas do Unii, nie tylko spowodował, że Polska ma rzekomo najwyższy w Europie PKB (co jest nieprawdą, bo Łotwa np. ma 7,5 %), ale - czego się nie zauważa - dokumentnie, za przeproszeniem, rozpieprzył to, co się nazywa jeszcze polską lewicą. Miał niepohamowaną niczym ambicję, aby wciągnąć na maszt dwunastogwiazdkową niebieską flagę i wejść w ten sposób - jak sam mawia - do podręczników historii. Kiedyś Józef Piłsudski przyznał, że wsiadł do pociągu Socjalizm, by wysiąść na stacji Niepodległość, co miało określony historyczny sens. Miller, malutki w porównaniu z Marszałkiem „człowieczek bez właściwości”, dbający, jak jego literacki pierwowzór, o ceremoniał, chwalił się, że jechał na wozie Socjalizm, aby dotrzeć do stacji Liberalizm. I to przesądziło o katastrofalnej kondycji resztek naszej niby-lewicy. Życzę jej tego, w czym upatruję jej jedyną szansę: aby załapała się jeszcze w takiej czy innej konfiguracji do parlamentu i trwając (co najmniej przez jedną kadencję) w opozycji, nie rozproszyła się doszczętnie w nader egzotycznych sojuszach. Póki co mamy próbę „odnowy” poprzez kontynuację w postaci pana Marka Belkę zdanego na - co za wspaniałe nowe pojęcie! - „koalicję strachu”.
Dla zachowania społecznej równowagi felietonowej poświęcę kilka słów przedstawicielowi nowej wschodzącej siły. Reprezentant ten od wielu miesięcy szuka poprzez swoje odkrywcze teksty na łamach naszej pluralistycznej Panoramy poparcia dla swej kandydatury w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Żyjemy, jak się to mówi, w wolnym kraju i każdemu wolno kandydować to tu, to tam. No więc ów reprezentant mocno kandyduje. W jego ostatnim tekście pt. Polska siła zdradził, że wie, jak sprawić, aby Polska nie była poddaną (to moje wyrażenie) „jednego europejskiego superpaństwa, które jest kagańcem dla niepodległych państw narodowych”. Pewnie, że wie. Intelektualny reprezentant nowej wschodzącej siły wie wszystko, albo prawie wszystko. Nie wie jednak, nawet on, który kiedyś podawał się za dziennikarza, że superpaństwo nie może być „kagańcem”. Przedmiot taki można najwyżej nakładać, wcisnąć - jak ja to robię wilczurowi wabiącemu się Egon, gdy wychodzę z nim do lasu na spacer - na łeb. Owszem, superpaństwo może też w przenośni nakładać kaganiec, ale samo w sobie superpaństwo kagańcem być nie może. Ten kaganiec u naszego wiedzącego Autora wziął się w tym tekście zapewne stąd, że pisząc wyżej o „grze z blotkami” wspomina o „sforze urzędników”. To bardzo nieeleganckie sformułowanie, zbyt gorliwie zaczerpnięte ze słownictwa jego Przewodniczącego. Słowo „sfora” odnosi się do psów, zaś animalizacja czyli porównywanie ludzi do takich czy innych przedstawicieli świata zwierzęcego na pewno nie jest cechą demokratycznego dziennikarstwa. Z wyjątkiem, może, orłów czy lwów. I jeszcze jedna drobna uwaga: do gry, która ma dać „parę zwycięskich partii”, nie zasiada się z blotkami w ręku. Postulowane „najlepsze umiejętności bokserskie”, które zapewne ma jego boss, nie dadzą nawet prostej gry.
Z adiustacyjnym pozdrowieniem
Wasz felietonista
autor: Julian Bartosz
Skomentuj ten artykuł! (1)