O Świętym Mikołaju
Kiedyś, przed laty, święty Mikołaj był, a jakoby go nie było. Każde dziecko głęboko wierzyło, że są na świecie tacy kochani staruszkowie, którzy raz w roku bezinteresownie dają dzieciom prezenty. Jednak zobaczyć ich było bardzo trudno. Na nic zdawały się długie minuty spędzone przy oknie, z nosem przyklejonym do zimnej szyby. Sanie jakoś nie podjeżdżały. Dopiero następnego dnia, znajdując pod poduszką prezent, byliśmy przekonani, że był. Współcześnie 6 grudnia wieczorem na naszych ulicach więcej świętych Mikołajów w swoich czerwonych strojach niż normalnie wyglądających ludzi. Mało tego. Lansuje się już niebieskich Mikołajów, jak to jest w reklamie pewnego napoju. Zostaliśmy obrabowani z wielkiej tajemnicy. Nasze dzieci zostały pozbawione tych cudownych chwil oczekiwania i niespełnienia. Ze Świętego Mikołaja zrobiono cyrk. Nobliwa postać dobrotliwego staruszka zmieniła się w medialnego naciągacza. To nie on daje prezenty, to on „naciąga”, aby każdy z nas sobie go kupił.
Skończywszy te rozważania, wziąłem się za moje ulubione zajęcie, którym jest nauka języka mordwińskiego z rodziny języków ugrofińskich, z grupy języków uralskich. Nie wiadomo bowiem, kiedy taka umiejętność może się przydać. Znad lektury oderwał mnie dzwonek. Poszedłem otworzyć drzwi. Naprzeciwko mnie stał Święty Mikołaj. Taki normalny, z długą siwą brodą i w czerwonym wdzianku.
- Dzień dobry - powiedział, roześmiawszy się serdecznie.
- Dzień dobry - odpowiedziałem.
- Mam dla pana dobrą wiadomość - zagaił.
- Nie dziękuję, nie chcę nowych okien, nowych drzwi, nowego piecyka gazowego i nie jestem zainteresowany żadną promocją - wystrzeliłem jak karabin maszynowy.
- Pan nie nie zrozumiał. Mówiąc, że mam dobrą wiadomość, miałem na uwadze to, że nasz komputer wybrał pana losowo do zbratania się ze świętością czyli ze mną. Ale nie będziemy tak w drzwiach rozmawiać. Mogę wejść? Zaciekawiony, na czym owe bratanie ma polegać, zaprosiłem Mikołaja do środka.
- Ładnie pan mieszka, czy mogę się rozejrzeć. Zawsze byłem ciekaw, jak się mieszka tak w bloku. To zupełnie co innego niż drewniany dom w dalekiej Laponii.
- Bardzo proszę - odpowiedziałem.
Święty Mikołaj ochoczo zaczął zaglądać do wszystkich pomieszczeń, coś przy tym mrucząc. Po skończonej lustracji szybkim ruchem ściągnął czapę wraz z brodą, zrzucił czerwone wdzianko i machnął mi przed oczyma legitymacją.
- Inpektor Kowalski z Państwowej Inspekcji Radiowo-Telewizyjnej. Ma pan dwa telewizory i dwa radia, za które nie płaci pan abonamentu. Muszę wypisać mandat. A swoją drogą, taki stary, a taki głupi, żeby wierzyć w Świętego Mikołaja...
autor: Janusz Grela
Skomentuj ten artykuł! (2)