O dekalogu feministycznym
Małgorzata Domagalik, redaktor naczelna miesięcznika Pani, w swoim stałym felietonie w tygodniku Wprost prezentuje „emancypacyjny dekalog”, zamykający duchowy majątek feministek w dziesięciu przykazaniach. Ów dekalog jest mi ideologicznie obcy, albowiem jestem głęboko przekonany, iż cała zawierucha związana z feminizmem to sztucznie nadymany problem uwiarygadniający działalność całego aktywu feministycznego. Typowym przykładem takiego nadymania niechaj będzie następujący przykład. Premier Hausner, w ramach swojego planu oszczędnościowego, zreformował, a właściwie zlikwidował, fundusz gwarantowanych świadczeń alimentacyjnych. W to miejsce weszły zasiłki dla matek samotnie wychowujących dzieci. Konsekwencją tego antyrodzinnego rozwiązania jest fala pozwów rozwodowych z powodów ekonomicznych oraz cała rzesza kobiet nie mających środków do życia. Brzydki ten Hausner, oj, brzydki! Ale... No właśnie. W tym czasie pełnomocnikiem rządu była pani Jaruga-Nowacka, która w tym przypadku nabrała wody w usta. Jakoś media nie donosiły o rejtanowych gestach pani pełnomocnik w obronie pokrzywdzonych kobiet. Dlaczego? Odpowiedź otrzymaliśmy wraz z powołaniem nowego rządu Marka Belki. Czołowa polska feministka otrzymała w nim tekę wicepremiera. Tak więc obecnie sytuacja wygląda następująco. Plan Hausnera jest planem rządu, a tym samym pani Jarugi-Nowackiej. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Tyle przykład, przejdźmy zatem do mojego dekalogu emancypacyjnego.
Po pierwsze - feministka walczy z mężczyznami z chęci zwykłej dominacji. Stąd też w pornobiznesie funkcjonuje pojęcie „dominy”, czyli panienki odzianej w skóry, która chłoszcze faceta pejczem.
Po drugie - feministka walczy z mężczyznami, dlatego że każdy facet woli ładną, a głupią, od mądrej i brzydkiej. Tym pierwszym feminizm jest zupełnie obojętny, a tym drugim służy jako rekompensata własnych cielesnych niedoskonałości.
Po trzecie - feministka wyznaje ideologię dla ideologii, albowiem w żadnym dokumencie prawnym RP nie znajdziemy elementów dyskryminujących jakąkolwiek płeć. Wyraźny podział na to, co dla kobiet, i na to, co dla mężczyzn, możemy jeno spotkać w publicznych toaletach.
Po czwarte - feministka jest zaprogramowana na nierodzenie dzieci, gdyż gromadka smarkaczy nie pozwalałaby mamie - feministce na zajmowanie sie ciężkim losem swoich koleżanek. Pampersy wyparłyby ideologię.
Po piąte - feministka notorycznie wściubia nos w nie swoje sprawy, traktując różnice zdań występującą u sąsiadów na temat menu niedzielnego obiadu, jako akt znęcania się psychicznego i fizycznego nad sąsiadką.
Po szóste - feministka, nie bojąc się własnych myśli i pragnień inspirowanych głównie przez pisma kobiece, realizuje je, przykładając gazetową kalkę do własnego życiorysu.
Po siódme - ferministka rozumie, „że aby kochać innych, najpierw trzeba pokochać siebie”. Zatem zawsze ma pod ręką zestaw wibratorów w różnych rozmiarach, kolorach, a nawet zapachach.
Po ósme - feministka ma tylko jedno w głowie, czego przykładem jest „po siódme”.
Po dziewiąte - łatwo być feministką, mając szmal na różnego rodzaju cielesno-ubraniowe renowacje i podniebieniowe orgie. Nie spotkałem jeszcze feministki, która mając na utrzymaniu czwórkę dzieci i męża bezrobotnego, pikietowałaby przed sejmem, wrzeszcząc: „Precz z seksizmem”.
Po dziesiąte - mantra feministki brzmi:
Nie muszę być ładna, mądra, zdrowa,
wystarczy, że jestem feminoideowa.
autor: Janusz Grela
Skomentuj ten artykuł! (4)