O inkwizycji i zabobonie
Zgadzam się z większością tez zawartych w felietonie Juliana Bartosza pt. W historycznej prawdzie (Panorama nr 49), jednak pozwolę sobie na pisemne „ad vocem”. „Kościół nie lęka się oceny własnej przeszłości” - oświadczył Jan Paweł II. I słusznie, bo czego ma się lękać. Pan Julian odnosi słowa papieża do dziejów inkwizycji powołanej do zwalczania herezji czyli poglądów religijnych uznanych za błędne przez kościół panujący. „Wykonywana głównie przez dominikanów, ale także przez franciszkanów, później - po 1534 roku - przez jezuitów, działała inkwizycja w wielu krajach Europy przeciw wszelkim nieprawomyślnie wierzącym i przeciw „innym”, m.in. czarownicom (Młot na czarownice z 1486 r.) - pisze autor felietonu.
Otóż według moich źródeł Młot na czarownice (Malleus maleficarum), dzieło poparte autorytetem uniwersytetu w Kolonii i władz kościelnych, wydano po raz pierwszy w 1489 r., a więc trzy lata później niż podaje P. Bartosz. W tym przypadku data wydania tego dzieła ma wymiar ludzki. Młot posiadał przez długi okres status kodeksu karnego w procesach o czary. Trzy lata obowiązywania tego dokmunetu to kilkadziesiąt tysięcy wyroków śmierci (Szacuje się, że w Niemczech ogółem spalono około 1 miliona czarownic).
W Polsce w XVI-XVIII w. sprawy o czary były rozpatrywane przez sądy miejskie, które, posiadając prawo miecza i dysponując często katem, były w zasadzie sądami karnymi dla społeczeństwa. Przepisy, na podstawie których zasądzano spalenie na stosie za czary, zostały przejęte ze Zwierciadła Saskiego, czyli źródeł niemieckich opracowanych przez Bartłomieja Groickiego, a także z kodeksu karnego wydanego przez cesarza Karola V tzw. Constitutio Criminalis Carolina. Natomiast wspomniany Młot, przetłumaczony na język polski tylko częściowo, nie posiadał w sądach polskich żadnej mocy prawnej. Tak więc literatura prawna miała charakter świecki. Prawie na całym terenie dawnej Rzeczypospolitej przyjęte było, że sprawy o czary wnosili do sądów miejskich prywatni oskarżyciele. Tak było w mieście. Na wsi procesowi nadawała początek plotka. Gdy już doszło do procesu, w izbie za stołem zasiadali sędziowe, zwani „panami zastolnymi”. Najczęściej był to wójt z dwoma ławnikami. W procesie udział brał pisarz, „panowie przedstolni”, a więc instygator (oskarżyciel) urzędowy lub prywatny, przedstawiciel dziedzica lub samorządu. O udziale duchownych źródła milczą. Przeważnie cały skład sędziowski (rzemieślnicy lub kupcy) przed procesem popijał wódkę „dla ponurego nastroju”. Idea inkwizycji utopiona w alkoholu? Nic podobnego. W owym czasie w eruopejskiej Polsce królował zabobon. Przypadł on na okres największego upadku kulturalnego i gospodarczego Polski. Wojny, rabunki, pożary, zniszczenia i głód oraz szerzące się epidemie chorób zakaźnych stwarzały warunki wręcz laboratoryjne dla rozprzestrzeniania się zabobonu. Oczywiście była także specyficzna atmosfera podsycana przez duchowieństwo. Jednak miała ona służyć raczej umacnianiu lokalnej pozycji Kościoła jako bastionu ochronnego przed „mocami piekielnymi”. Kościół zabobonu się nie lęka, bo jak wszystko, jest on przekazem chrześcijaństwa. Przynajmniej tak twierdzą politycy LPR.
autor: Janusz Grela
Skomentuj ten artykuł! (3)