O kreowaniu rzeczywistości
Media kreują rzeczywistość. To prawda tak stara jak moja marynarka. Tak było, jest i będzie. Szczególnie kreatywne w tej materii są media operujące obrazem i dźwiękiem czyli telewizja. Serwując nam co chwilę programy, które dotykają naszych codziennych spraw, telewizja próbuje udowodnić nam, że to nasze życie nie jest wcale takie, jakie właśnie przeżywamy. Doskonale jest to widoczne w najnowszej produkcji jednej z komercyjnych stacji, która emituje program o tematyce sądowej „Sędzia Anna Maria Wesołowska”. Posiadacze kablówek lub talerzy satelitarnych zapewne przypominają sobie podobny program produkcji zachodniej, na którym wzorowana jest propozycja polska. Jest jednak zasadnicza różnica między programami. Otóż w zachodnim programie sądowym kaliber spraw będących przedmiotem procesu jest lekki, w porównaniu do spraw o morderstwa w przypadku produkcji polskiej. Sędzia Anna Maria to autentyczny pracownik wymiaru sprawiedliwości o miłej powierzchowności. I jest to chyba jedyny autentyk w tym programie. Cała bowiem reszta jest marną imitacją rzeczywistych postępowań sądowych. Po kilku emisjach dziwię się, że policjanci polscy nie protestują, gdyż każda sprawa sądowa, którą oglądamy, znajduje swoje rozwiązanie dopiero podczas procesu. Oskarżony okazuje się niewinny, a prawdziwego złoczyńcę demaskuje Anna Maria. Wystawia to złe świadectwo pracy dochodzeniowej naszej policji. Godzi w jej dobre imię i podważa zaufanie społeczne do stróżów prawa. Postać autentyczna sędziny Anny Marii wzbudza sympatię. Jej dobrotliwe spojrzenie i tembr głosu, nawet gdy się gniewa, sprawia, że najsurowszy wyrok przyjmowany jest jak dobrodziejstwo. Końcowe zaś mowy uzasadniające wyroki powinny być kanonem polskiej jurysdykcji. Jako paroletni, stały bywalec sal sądowych buntuję się przeciwko stwarzaniu takich iluzji. Postać adwokata grana w programie przez długowłosą mecenas to kolejna postać bajkowa. Waleczna, pryncypialna, nieustępliwa wobec prokuratora, daje gwarancję oskarżonemu, iż jego pieniądze nie poszły na marne. Ta ikona nijak nie pasuje mi do wizerunku adwokata, z którym ja miałem do czynienia. Cyniczny typ, bezwzględnie wykorzystujący czyjś brak doświadczenia, zmieniający fakty i mataczący - to dla mnie prawdziwy obraz członka palestry. Nie chcę generalizować. Oczywiście zdarzają się w tym zawodzie ludzie prawi, jednak to nie moja wina, że jeden z nich ukształtował mój archetyp mecenasa. Prokurator z programu też jest „taki jakiś niewyraźny”. Jego mowy oskarżycielskie, pozbawione argumentacji, nie doprowadziłyby do skazania nawet Kuby Rozpruwacza, a co dopiero zwykłego szarego oskarżonego. Wszystko to sprawia wrażenie, szczególnie dla tych co na szczęście nie mieli jeszcze styczności z salą sądową, że taki proces to bułka z masłem, nic szczególnego. Rzeczywistość jest inna, o wiele brutalniejsza. Dla przeciętnego obywatela sprawa rozwodowa to traumatyczne przeżycie, powodujące stres i palpitacje serca. Telewizyjni kreatorzy zapewne już kombinują, co by tu jeszcze wykreować, bo, niestety, lubimy, gdy nas się mami. Wolimy rzeczywistość tę wykreowaną od tej, w której przychodzi nam funkcjonować. Lubimy obserwować, jak złoczyńca pod wpływem zniewalającego spojrzenia Anny Marii przyznaje się do winy. Jest to takie budujące i dające wiarę, że nie wszystko w tym kraju jest do kitu.
autor: Janusz Grela
Skomentuj ten artykuł! (1)