O rewolucji październikowej
Niestety, Olimpiada Zimowa w Turynie nie jest dla nas widowiskiem rozniecającym żar w żyłach. Mizerota naszych sportowców powoduje, że jest ona nudna jak życie mojego kota. Ucieszyłem się więc, przeczytawszy w najlepszym dzienniku powiatu oleśnickiego o mającej mieć miejsce na jesieni „rewolucji październikowej”. Rzecz jasna nie chodzi tutaj o wyżynanie jednych przez drugich, by zapanowała dyktatura proletariatu, a o wybory samorządowe. Moja radość nie była podyktowana skłonnościami do zawieruch, ale tym, że się coś dzieje. Tadeusz Różewicz w jednej ze swoich książek tak pisał o teatrze: „W teatrze musi się coś dziać, k... mać”, a „ życie to jest teatr” - wołał inny wielbiciel składania zdań w wersy. Pomysł PiS-u o wprowadzeniu zakazu kandydowania na tę samą funkcję, jeśli sprawowało się ją przez dwie kadencje, jest z pewnością kontrowersyjny. Z pewnością nie podoba się tym, którzy u władzy są lub koło niej, a podoba tym, co u władzy być by chcieli. Stwarza ten zakaz tym, co by chcieli, nowe możliwości i zwiększa ich szanse na elekcję. Wygrać wybory z urzędującą władzą to nie jest taka prosta sprawa. Niektórzy włodarze prowadzą przecież swoje kampanie wyborcze od wielu lat, a dokładniej od chwili, kiedy zostali na urząd namaszczeni. Każde ich działanie, każda inwestycja, która ma charakter prospołeczny, jest elementem propagandy na rzecz rządzących. Nie jest ważne, że niejednokrotnie robią to, co inni by też robili i to za publiczne pieniądze. Ważne, że to za ich kadencji. Oni robią, a ci, co chcieliby władzy, mogą tylko mówić, co robić i dawać by chcieli. Tu przypomina się powiedzenie z minionej epoki: „Jak partia mówi, że da, to mówi”. W całej dyskusji o zbliżającym się szturmie na „samorządowe pałace” z jednym nie mogę się zgodzić. Z argumentami przeciwników zmiany ustawy, którzy krzyczą o zamachu na demokrację. Twierdzą wprost, że pomysł PiS-u nie ma nic wspólnego z demokracją. Szanowni obrońcy demokratycznych zasad, chciałbym wam przypomnieć, że to właśnie PiS w demokratycznych wyborach uzyskał społeczne pełnomocnictwo do ustanawiania i wykonywania prawa w tym kraju. To wyborcy opowiedzieli się za jego programem, to wyborcy chcieli, by właśnie bracia Kaczyńscy stanowili o tym, co należy w Polsce zmienić. Jest to demokracja i tyle. Rozumiem doskonale, że funkcjonuje w społeczeństwie pojęcie własnej demokracji. Coś jest demokratyczne, kiedy służy naszym interesom, a jeżeli nie służy, to demokracji nie ma. Nie nadużywajmy więc za często tego słowa, bo niczym złoto zamieni się w tombak. To, o czym piszę, wcale nie znaczy, że skaczę z radości na samą myśl o nowych klientach ZUS-u od października. Nie staję tutaj po jakiejś stronie. Być może poprawka nie przejdzie i skończy się sytuacją „nihil novi”. Zresztą jest mi to wszystko jedno. Kończę, bo zaraz gra Barcelona z Chelsea. Tam dopiero się będzie działo.
autor: Janusz Grela
Skomentuj ten artykuł! (0)