O serwilizmie
Wszyscy chyba znają pamiętną scenę z kultowego filmu Stanisława Barei Miś, kiedy to trener II klasy Wacław Jarząbek wpadłszy do gabinetu prezesa śpiewa do wbudowanego w meblościankę magnetofonu pioseneczkę: „Łubu dubu, łubu dubu, niechaj żyje prezes naszego klubu. Niech żyje nam!”. Scena ta jest klinicznym przykładem zjawiska serwilizmu. Dla tych, którzy nie mają ochoty grzebać w słownikach, wyjaśniam, iż serwilizm to nic innego, jak: służalczość, uniżoność, czołobitność, płaszczenie się. Zjawisko to jest ponadczasowe, ponadustrojowe i ponadbranżowe. Miał miejsce w czasach komuszych i ma miejsce w czasach drapieżnego kapitalizmu z ludzką mordą. Widocznie siedzi w człowieku jakiś specjalny gen, który odpowiada za produkcję wazeliny. Serwilizm pojawia się zawsze w relacjach między przełożonymi a podwładnymi. Zdarzają się jednak przypadki serwilizmu perspektywicznego, gdzie wazelinuje się z myślą o przyszłych korzyściach. Serwilizm nie potrzebuje motywu, by zaistnieć, choć nieraz towarzyszy mu mechanizm tzw. parawanu.
Z takimi właśnie mechanizmami parawanu towarzyszącemu serwilizmowi mieliśmy do czynienia w ostatnim czasie, przy okazji sesji absolutoryjnych odbywających się w naszym powiecie. Niezorientowanym wyjaśniam, iż sesja absolutoryjna to taka sesja, gdzie burmistrz czy też wójt jest rozliczany przez radę z realizacji budżetu. Innymi słowy, udziela mu się absolutorium lub nie. Chociaż ta druga ewentualność jest tak rzadka jak męska ciąża. Gdy szanowni radni podejmą uchwałę o udzieleniu takiego absolutorium pierwszemu samorządowcowi, wówczas kto żyw rzuca się nań z kwiatami i wywieszonym jęzorem gotowym do obśliniania. Zabawy przy tym jest co niemiara, gdyż co rusz ktoś się ślizga na wazelinie. Absurdalność tej sytuacji wynika z prostego faktu. Burmistrz czy wójt biorą co miesiąc kasę za to, by ten budżet realizować. Mało tego, w realizacji budżetu bierze udział wiele różnych podmiotów, struktur i instytucji samorządowych. Swój udział mają także radni, uchwalając zmiany budżetowe w ciągu roku. Na logikę biorąc powyższe pod uwagę, powinno być odwrotnie. To burmistrz czy wójt powinien obsypywać kwiatami swoich podwładnych za to, że zachowuje swój stołek. Gdyby tak przenieść ów mechanizm na inne branże, wówczas mamy niezły kabaret. Policjant po złapaniu przestępcy zaiwania do swojego komendanta, aby podziękować mu za... no właśnie za co? Czy piekarze po każdym wypieku gnają do właściciela piekarni, by złożyć mu wyrazy uznania i wręczyć wiecheć? Za wykonywanie swoich obowiązków każdy pobiera wynagrodzenie i basta. Chyba że sam fakt wykonywania pracy w tym kraju to powód do składania hołdów i przeżywania serwilistycznych orgazmów. Skończyłem, lecę zatem do naczelnego podziękować mu za to, że napisałem ten felieton. Może i jakiego kwiatka mu kupię.
autor: Janusz Grela
Skomentuj ten artykuł! (1)