O śnie przewodniczącego
Przewodniczący zapadł się w dużym wygodnym fotelu. Był zmęczony, ale szczęśliwy. Z porcelanowej filiżanki upił piankę kawy capuccino. Zawsze wiedział, jak zdrowo się odżywiać i używać odpowiednich płynów. Było mu dobrze. Przymknął oczy i zaczął rozmyślać, rozmawiając sam ze sobą. Nareszcie wróciłem. Po latach grzania ławy w partyjnych szeregach. Po latach milczenia i udręki. Po latach, które jak najszybciej wyparują z mojej pamięci. Cel został osiągnięty. Co dalej? Są sprawy ważne i ważniejsze. Od czego zacząć? Jak to od czego?! Czas najwyższy wystawić niektórym rachunki z odwetowym vatem. Wszak ja to nie Mazowiecki, aby kreślić jakąś grubą krechę. Doskonale pamiętam, komu zawdzięczam banicję. Muszę zrobić listę tych do odstrzału. Nie tak od razu. Pomału i metodycznie. Po co mają pyszczyć, że się mszczę czy coś w tym rodzaju. Tak. Od kogo zacząć? Proste. Od grupy, która knowała na tajnych spotkaniach w pizzerii na placu. Jak to oni nazwali tą akcję? Jakoś tak z amerykańska. Coś z gry. Już wiem: Akcja pod kryptonimem „Autowanie pałkarza”. Ten, który to wymyślił, już się sam wyautował. Pozostała reszta. Przede wszystkim trzeba się zająć tą nieszczęśnicą, co to bawiła się komórką i przypadkowo wystukała 997. Sięgniemy do dokumentacji, poczytamy relacje prasowe i już będzie jasne, kto był przeciwko mnie. Zebranie sprawozdawczo-wyborcze to był majstersztyk w moim wydaniu. Tylko nie rozumiem, co ten kolega Małek o tej fasoli gadał. Akurat się zamyśliłem i straciłem wątek. Pewnie chciał, by w przerwie obrad zaserwować fasolkę po bretońsku. Stąd obruszenie „powiatowego”. I słusznie. Podobnie jak i on po fasolce mam wzdęcia i wiatry. A propos wiatrów. Ładnie powiedziane z tym wiatrem w żagle. Takie morskie odniesienia są nośne i szybko trafiają do wyobraźni. Tak. Jestem kapitanem okrętu. No, może troszkę przesadziłem. Kapitanem żaglowca. O, to bardziej odpowiada prawdzie. Jak złapiemy dobry wiatr, to już niedługo zacumujemy w ratuszu. Zrobimy taki abordaż, że ci wszyscy kajakarze nie zdążą kapoków pozakładać. Jest tylko jeszcze jeden problem. Co zrobić, by załoga się nie buntowała? Lub inaczej: aby ktoś jej nie buntował, ktoś z dowództwa floty. Przecież już tak było. Ale co tam. Nie mam się czym martwić. Jak to mówią: „grunt to rodzina”.
autor: Janusz Grela
Skomentuj ten artykuł! (1)