O straszliwym smutku zapominania
Przyznam, że z powodu owych „narodowych godzinek” wokół pytania „kto właściwie zorganizował obozy śmierci?” zrazu się nieco zdziwiłem, ponieważ dla mnie nie istniały w tej kwestii najmniejsze wątpliwości. Po głębszym namyśle doszedłem do wniosku, że słuszne jest, aby wyraźnie stwierdzić, że to byli Niemcy.
Problem istnieje od dawna, ale zaostrzył się on z okazji 60. rocznicy wyzwolenia przez Armię Radziecką Konzentrationslager Auschwitz-Birkenau 27 stycznia 1945 roku, a zwłaszcza z powodu poprzedzającej ten fakt debaty w Parlamencie Europejskim. Nie można się tam było porozumieć co do jasnego wskazania sprawców milionowych zbrodni, szukano różnych efemeryd słownych i dopiero twarda postawa polskich eurodeputowanych, wspieranych - co warto podkreślić - przez niemieckich posłów do PE, wprowadzono do rezolucji odpowiadające prawdzie określenia. Mianowicie że były to niemieckie obozy urządzone na okupowanej przez III Rzeszę polskiej ziemi.
Pozostawienie zgodnych z pewną poprawnością polityczną, a wyzutych z narodowego kontekstu, określeń, jak „nazistowskie”, „hitlerowskie”, czy „faszystowskie” nie jest wprawdzie całkowicie fałszywe, ale niesie ze sobą niebezpieczeństwo, że za ileś lat, pięćdziesiąt albo wcześniej, związek tych określeń z Niemcami właśnie pójdzie w całkowite zapomnienie. I wtedy, jak słyszałem ostatnio w Polskim Radio, mogłoby powstać u niektórych czy też wielu ludzi wrażenie, jakby ci naziści, hitlerowcy, czy faszyści wzięli się gdzieś z zaświatów. Jakkolwiek trudno byłoby nam dziś uwierzyć, że pamięć historyczna może być tak płytka, to wiemy, że wskutek procesów edukacyjnych i nieustającej indoktrynacji (choćby przez media) staje się ona wybiórcza i przez to fałszywa. Lepiej zatem, jak to podkreślił także Władysław Bartoszewski w swej mowie na terenie KL Auschwitz-Birkenau, by zwalczać wcale nie tak rzadkie za granicą twierdzenia, że były to „polskie obozy śmierci” i stale podkreślać, że było to dzieło Niemców. Oni sami zresztą - w każdym razie poważna ich część - wcale temu nie zaprzeczają, od odpowiedzialności moralnej za to nie uciekają. Nawet w „ortodoksyjnej” pod tym względem NRD, jak czytam w I tomie Woerterbuch der Geschichte (Berlin 1983, s. 635/6), jest mowa o „niemieckich faszystowskich obozach”. Jest „faszystowskie”, ale także „niemieckie”. Łączy się zatem te dwa pojęcia w jedno. I tak jest, moim zdaniem, richtig. Nie zapominajmy, że w 1933 roku pierwsze obozy koncentracyjne stworzono po to, aby zamknąć w nich przeciwników reżimu hitlerowskiego, przede wszystkim komunistów i socjaldemokratów, działaczy związkowych. Z 66 takich mniejszych obozów (m.in. na Tarnogaju we Wrocławiu) utworzono potem wielkie KL - Dachau, Buchenwald, Sachsenhausen, Ravensbrueck, a potem także Mauthausen. I choć nie były one nastawione na bezpośrednie zabijanie więźniów, to w sumie niemieckich więźniów liczono przez cały czas III Rzeszy ponad 400 tysięcy, spośród których prawie połowa nie przeżyła. Nie były to wszakże „fabryki śmierci” do zgładzenia Żydów oraz Romów i do wyniszczenia Polaków, Słowian w ogóle. Obozów w Auschwitz-Birkenau, w Belżcu, Treblince, czy na Majdanku z niczym się porównać nie da (Choć u mnie np. pojawiła się myśl, że ci, którzy wyzwalali więźniów Auschwitz, na pewno wiedzieli o radzieckich gułagach).
Niemcy, jak się rzekło, od odpowiedzialności za to nie uciekają. Począwszy od Adenauera, poprzez antyfaszystę Brandta i chadeka Kohla, aż po Schroedera, słyszeliśmy zawsze, że te zbrodnie popełnione zostały „im deutschen Namen” - w niemieckim imieniu. To nazistowskie lobby działające w c a ł y m świecie stara się zatrzeć odpowiedzialność za te zbrodnie, forsuje różne warianty tzw. kłamstwa oświęcimskiego (w Polsce też się pojawiające). Toteż nigdy nie będzie dosyć głoszenia prawdy po to właśnie, aby nigdy nie zapomniano o niemieckich zbrodniach popełnionych w czasie hitlerowskiej Rzeszy. Dodać tu wszakże od razu trzeba, że w styczniu 1933 roku Hitler legalnie przejął władzę w koalicji z narodową prawicą, że Watykan Piusa XI jako pierwszy zawarł z nim międzynarodowy układ (konkordat), że po roku ponad 90% Niemców potwierdziło dyktatorską władzę dla kanclerza i że - póki szło dobrze - większość Niemców ochoczo szła na zdobywczą wojnę. Nawet po stalingradzkiej klęsce rozhisteryzowany tłum fanatyków wył, że chcą totalnej wojny.
Wszystko to należy do naszego dzisiejszego tematu, którego główna myśl brzmi: nie wolno dopuścić do zapominania przez młode pokolenia o tym, jak było. Bo to, że zapominanie i wybiórcze utrwalenie faktów z przeszłości jest s t a ł y m zjawiskiem w następstwie czasów i pokoleń, jest raczej wiadome. Nie ma miejsca, by rozpisywać się o tym, czego my sami już nie pamiętamy i z dalszych, i z najnowszych czasów. Czy można temu zaradzić przez właściwą naukę historii w szkołach, poprzez międzynarodowe konwencje na temat podręczników historii? W tym miejscu moja wiedza i moja pewność się kończą.
Z antyfaszystowskim pozdrowieniem
Wasz felietonista
autor: Julian Bartosz
Skomentuj ten artykuł! (2)