O świątecznym torcie
Kolejne Dni Oleśnicy stały się historią. I bardzo dobrze. Historia z tego faktu zbyt wielkich korzyści nie będzie miała. My odwrotnie, albowiem „historia magistra vitae est”. W mojej ocenie tegoroczne „święto miasta” było jak tort z bakaliami, gdzie zdarzały się rodzynki o pełnym smaku (Arka Noego), ale w małych ilościach, oraz specjały nieco zatęchłe, decydujące o małym smaku torcika.
Gdyby tak pokusić się o próbę zdefiniowania formuły tego święta, to z przykrością musimy stwierdzić, że jest to zadanie niewykonalne. Dni Oleśnicy są podobne do Dni Twardogóry, Dni Sycowa, Dni Międzyborza itd. Formuły nie ma. Jest przepis na wzór kulinarny. Jest gwiazda, do której trzeba dostosować cały program, a reszta składników serwowana jest jak leci. Czym kierowano się, wstawiając hip-hop w godzinach najlepszej oglądalności, kiedy rodzice z dziećmi odwiedzali plac? Nie jestem przeciwko tej muzyce. Jestem przeciwko takiemu na siłę lansowaniu własnych gustów. Tłumaczenie, że jest to wieczór dla młodzieży, tylko sytuację zaciemnia. Po takiej deklaracji unikałem Panów Ochroniarzy, bo do młodzieży raczej się nie zaliczam. Idąc tym tokiem myślenia, zrozumiałem w końcu, że formuła Dni Oleśnicy jest następująca: piątek dla młodzieży, sobota dla dorosłych, a niedziela dla wszystkich. Szkoda, że to tylko trzy dni. Bo przecież można by było zrobić dzień dla gejów i lesbijek, dla ateistów, dla ortodoksów itd. Dni Oleśnicy są dla wszystkich mieszkańców miasta bez wyjątku. Każdy dzień powinien być dla wszystkich, bo jest to jedyne w roku takie święto. Program tych dni powinien być przemyślany od początku do końca, o programie powinno się myśleć całościowo, a nie tylko jako pewnym zbiorze poszczególnych koncertów. Przed laty grupa osób (w tym obecny wiceburmistrz odpowiedzialny za kulturę) wypracowała nowy model kultury: wcieliła go w życie. Filozofią tego modelu było zmniejszenie zatrudnienia, by uzyskane stąd środki finansowe przeznaczyć na działalność. MOKiS miał działać na zasadzie impresariatu czy też agencji artystycznej. Gdy obecnie przyjrzymy się temu modelowi, to dojdziemy do wniosku, że wylano dziecko z kapielą. Otóż MOKiS zatrudnia nawet sporą liczbę osób czy to na etatach, czy na innych zasadach, a jego rola agencji artystycznej sprowadza się do ogłaszania przetargów dla innych agencji na organizację imprez, zebraniu ofert od innych instytucji kultury czy sportu, a następnie przeniesienie tego na plakat. Stąd też na banerach przed sceną powinny być umieszczone takie słowa: „Imprezę organizuje Agencja Woja, a płaci MOKiS”. Nie mam pretensji do tych młodych ludzi, którzy z identyfikatorami „organizator” krzątali się w piątkowy wieczór wokół sceny. Robili, co mogli, na miarę swoich możliwości i doświadczeń. Zostawieni sami sobie, gdyż ci z możliwościami i doświadczeniem w jednym chórze z estabilishmentem gardłowali Góralu, czy ci nie żal. Nie mam pretensji do dyrektora Roberta Chmielewskiego, bo działa on w ramach ugruntowanego przez lata modelu. Nie mam ptretensji do władz samorządowych, bo mają one większe problemy niż kultura, a poza tym nikt omnibusem nie jest. „Nie mam żalu do nikogo”. Chyba że sam do siebie za permanentną upierdliwość...
autor: Janusz Grela
Skomentuj ten artykuł! (6)