O wczasach z łezką w oku
Jesteśmy na wczasach w tych góralskich lasach, w promieniach słonecznych opalamy się - śpiewał onegdaj Wojciech Młynarski na wieczorku zapoznawczym zorganizowanym przez „kaowca” w ośrodku Funduszu Wczasów Pracowniczych. W obecnym okresie urlopowym, który większość Polaków wykorzysta na prace domowe lub grillowanie na działce, warto przypomnieć, jak to kiedyś „człowiek pracy” regenerował siły, by później z entuzjazmem podejmować nowe zadania produkcyjne. Cóż to takiego te „wczasy pracownicze”? Materiały źródłowe podają: „Wczasy pracownicze to na ogół zorganizowany wypoczynek pracownika w okresie corocznego urlopu wypoczynkowego, poza siedzibą stałego zamieszkania i zatrudnienia, w zasadzie w miejscowości klimatycznej”. Jak kiedyś wszystko, i wczasy pracownicze były scentralizowane w ramach istniejącego od 1948 r. Funduszu Wczasów Pracowniczych. W 1949 r. FWP przejął wszystkie wówczas funkcjonujące domy wczasowe, co dało łącznie 40.000 łóżek. Państwo przeznaczało z budżetu środki finansowe w wysokości 2/3 ogólnych kosztów utrzymania domów wypoczynkowych. Stąd nazwa „fundusz”. Odpłatność pracownika za wczasy w latach sześćdziesiątych wynosiła przeciętnie 1/3 ich realnego kosztu. Wpłaty poszczególnych pracowników były zależne od wysokości ich zarobków i wahały się w granicach od 120 zł do 600 zł na 1 turnus wczasowy. Dla porównania - w 1963 r. przeciętna płaca miesięczna brutto w gospodarce uspołecznionej wynosiła 1841 zł. Minimalna płaca natomiast to 750 zł. Za taką cenę pracownik miał do wyboru:
1. 14-dniowe (zwykłe, rodzinne, dla matki z dzieckiem, turystyczne),
2. 21-dniowe (lecznicze uzdrowiskowe, profilaktyczne),
3. 28-dniowe (sanatoryjne, profilaktyczne),
4. Zagraniczne, na zasadzie bezdewizowej wymiany wczasowiczów.
W owym 1963 roku ogólna liczba osób (pracowników i członków ich rodzin) korzystających z wczasów wyniosła ok. 1 mln, w tym 40% pracowników fizycznych. Na przestrzeni 1945-63 skorzystało z wczasów pracowniczych ponad 10 mln ludzi. Tyle statystyki. Wczasy pracownicze, a w zasadzie to, co się na nich działo, to wdzięczny temat, który niejednokrotnie w swojej twórczości wykorzystywali artyści. Wystarczy wspomnieć film „Obywatel Piszczyk”, gdzie tytułowy bohater wikła się w skomplikowane interakcje z uczestniczkami turnusu. Warunkiem udanych wczasów pracowniczych był wyjazd w pojedynkę, w myśl zasady, że „drzewa do lasu się nie wozi”. Bo zawsze trafi się jakaś „panna Krysia, co króluje na turnusach nie od dzisiaj”. I komu to przeszkadzało? Felieton ten przesyłam „meilem” ze słonecznej Tunezji, bo jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.
autor: Janusz Grela
Skomentuj ten artykuł! (3)