O wierszach o Oleśnicy
Zdarzyła się rzecz niezwykła. Mnie, prowincjonalnego grafomana, zaproszono do napisania wiersza o Oleśnicy. Owe dzieło miałoby być zamieszczone w tomiku wierszy wydanym z okazji 750-lecia miasta. Fakt ten napawał mnie dumą i radością z jednej strony, z drugiej zaś działał paraliżująco na zdolność abstrakcyjnego myślenia. Być w jednym tomie z takimi tuzami literatury jak Jerzy Woldański to niewątpliwie poetycko - towarzyska nobilitacja. Zasiadłem zatem przed monitorem komputera i zacząłem myśleć. Nie wierzycie? A jednak zdarza mi się. W swoich poszukiwaniach obrałem kierunek hardcorowy, tak by wstrząsnąć czytającym. Wyszło coś takiego: „Błądzę po skórze mojego miasta, ostrzem buta przecinam naskórek, zamiast krwi, czerwona róża zakwita”. Po namyśle musiałem z tego kierunku zrezygnować. Wszak tomik może być rozdawany młodzieży szkolnej jako nagroda za coś tam. Nie uchodzi. Jestem oleśniczaninem napływowym, więc może ten wątek pociągnąć. I pociągnąłem: „Nie słyszało miasto krzyku moich narodzin. Jestem adoptowany wpisem urzędnika...” Już wydawało mi się, że poetycki poród zaowocował dziełem wybitnym, mającym 10 punktów w skali narodzin noworodka, gdy przypomniałem sobie o pewnym niepokojącym zjawisku. O silnym patriotyzmie rdzennych oleśniczan. Fakt, że jestem napływowy, może mieć pejoratywne konotacje, o czym od czasu do czasu przekonują się inni napływowi w czasie wyborów samorządowych. Nieoleśnicki rodowód stanowi rysę w ich życiorysie. Może spróbować z innej beczki. Zapalając kolejnego papierosa, przypomniałem sobie o pewnym eseju literackim przeczytanym kiedyś przed snem. Była to pozycja Juliana Kornhausera zatytułowana Kosmos w poezji serbskich i chorwackich ekspresjonistów. Lubię czasem coś lekkiego poczytać do poduszki. Znalazł się tam wiersz poety (nazwiska nie podaję, bo i tak jako miłośnicy tej poezji pojugosłowiańskiej doskonale go znacie), który pisze o „pijanej ulicy”. Jakie to niedydaktyczne i obyczajowo niepożądane. Postanowiłem pokazać, że u nas jest inaczej i napisałem: „Moja ulica (Sinapiusa) nie jest pijana, o mojej ulicy nie śpiewają na imieninach...”. Już „byłem w ogródku, już witałem się z gąską”, gdy odezwała się ontologia. Przecież to wierutna bzdura. Na skwerze przed Perłą odbywa się jedno wielkie picie. Wieczorami pije młodzież, a rano dopijają to, czego nie wypiła dziatwa, menele. Przekonałem się, że być poetą to nie jest łatwe zajęcie. Spojrzałem w okno, a tam gołąb obsrywał mi parapet. Oświeciło mnie. Nie akt obstrukcji, a sam ptak. Latająca metafora. Palce same zaczęły stukać w klawiaturę i na monitorze pojawił się wiersz:
Oleśnica, Oleśnica
krasnaja ty ptica!
Harda twa natura,
nie zrobią Ci koło pióra.
Niestety, wiersz godzi w tożsamość kulturową. Gdyby tak wtrącenie było w języku kraju z Unii Europejskiej, to może by uszło. A tak nie nada. W końcu po wypaleniu kilku paczek mocnych wiersz napisałem. Kto chce go przeczytać, niechaj sięgnie po tomik, który niebawem będzie dostępny. Warto. Kto wie, może jakaś „Nike”.
autor: Janusz Grela
Skomentuj ten artykuł! (2)