O zagłębiu narkotykowym
Jednym ze strategicznych kierunków działania naszej policji w 2006 roku ma być walka z narkomanią. Tak się składa, że ten kierunek pojawia się co roku w policyjnej strategii i za bardzo nic z tego nie wynika. Zresztą w poprzednich latach było podobnie. Zjawisko narkomanii na szeroką skalę pojawiło się w latach osiemdziesiątych. Wówczas dostępność narkotyków na naszym rynku nie była taka powszechna. Funkcjonowały chyba tylko dwa uznane „bajzle”, gdzie można było skręcić działkę. Prawdziwy boom miał miejsce na początku lat dziewiędziesiątych. Z okolic Warszawy płynęła do Wrocławia i dalej na cały Dolny Śląsk rzeka narkotyków. Właśnie Oleśnica była pierwszą śluzą dla czyściusieńkiej amfetaminy, takiej, z której grama potrafiono zrobić od 15 do 18 działek (norma to około 10 działek z grama). Nie trzeba było jej rozpuszczać. Działka kosztowała 15.000 zł na stare pieniądze. Ćpun brał amfetaminę (śnieżek) do strzykawki, naciągał do niej krew i taką mieszankę ładował sobie w żyłę. We Wrocławiu natomiast już dodawano do amfetaminy cukier puder. Jednak to się nie sprawdzało, gdyż amfetamina ma gorzki smak i szybko można było taką podróbkę zidentyfikować. Wobec czego szukano środka, który byłby gorzki w smaku. I tak cukier puder został zastąpiony sproszkowanym clonozepanem. Oczywiście taki towar nie zadawalał konsumentów, wobec czego goście z Wałbrzycha, Zielonej Góry czy innych maiast walili do Oleśnicty po „śnieżek”. Dla nikogo nie było tajemnicą, że główny bajzeltarg to był plac Zwycięstwa. To był jeden wielki supermarket. Czy jest do dzisiaj, tego nie wiem, ale znając przywiązanie Polaków do tradycji, pewnie tak. Kto się zajmował tym interesem? Przeważnie byli to ludzie z tzw. marginesu społecznego, którzy nie mając innego zajęcia, tym sposobem mogli się szybko dorobić. Sami nie brali. Polak potrafi, wobec czego nauczyli się produkować „polską heroinę”. Jak krążą wieści, o opłacalności procederu świadczyły galopujące fortuny tych, którzy maczali w tym swoje łapy. Obecnie jest na terenie Oleśnicy kilka znanych powszechnie bajzli, o których wiedzą ci, co biorą, i policja. Jak mówią w tych kręgach, proceder będzie funkcjonował dalej, jeżeli walka z nim będzie się kończyć na mówieniu. Krążą informacje, iż niektórzy zajmujący się procederem są pod „ochroną” w zamian za współpracę z policją. Nie chce mi się w to wierzyć, ale jeśli się o tym mówi, to musi coś być na rzeczy. Na naszym oleśnickim rynku można obecnie zaopatrzyć się w każdy praktycznie towar, od polskiego kompotu, brown sugar (można ją palić na złotku i później wciągać) i inne. Sposobów przyrządzania też jest mnóstwo. Można zrobić „papawę” z mleczka makówki i podgrzewać na łyżeczce, a później zrobić „koguta” (strzykawka z watą na końcu jako filtr) i w żyłę. Chodliwe są też „cukierki”, tzw. mikołajki, rozdawane za darmo, by poczęstowanego wciągnąć i później go doić. Zdarzają się też sytuacje ekstremalne, kiedy jako składnika do mieszania używa się sproszkowanych świetlówek. Piszę o tym nie po to, by ktoś miał instrukcję obsługi, tylko pokazać, że ktoś taki jak ja przy odrobinie zainteresowania może posiąść wiedzę na ten temat. To co dopiero policja dysponująca odpowiednimi środkami... Dlaczego zatem jest jak jest, tego nie potrafię powiedzieć.
autor: Janusz Grela
Skomentuj ten artykuł! (1)