O zmartwychwstaniu
Biznesmen siedział za biurkiem i beznamiętnie patrzył w okno swojego gabinetu. Zdać by się mogło, że to nie żywy organizm, lecz woskowa figura, gdyby mężczyzna, od czasu do czasu, nie poprawiał czupryny. Jak co drugiego faceta w jego wieku dopadła go listopadowa depresja. Co z tego, że posiadał hotel, knajpę, dobry samochód i czort wie, co jeszcze. Do tego zdążył się już przywyczaić, tak jak przyzwyczaili się mieszkańcy miasta. Czegoś mu brakowało? I właśnie nad owym czymś zastanawiał się już od paru godzin. Cóż po bogactwie, kiedy jest się postacią, o której się nie mówi. Ewentualnie wspomina się drukując listę sponsorów jakiejś lokalnej imprezy. „Inni nie mają tyle co ja, a pełno ich w mediach i towarzyskich dyskusjach” - dywagował biznesmen. „Trzeba to zmienić, pójść na całość, dać ludziom pożywkę do sensacji” - ciągnął dalej. Przy kolejnym poprawianiu włosów skierował wzrok na biurko, gdzie leżała lokalna gazeta. Rzucił mu się w oczy felieton pewnego skromnego felietonisty, który pisał o wierszach nagrobnych. „Eureka!” - krzyknął rozradowany. - „Sprowokuję swoją śmierć. W nocy porozklejam w całym mieście klepsydry zwiadamiające o moim zejściu. By nikt nie miał podejrzeń, że to moja robota, dodatkowo rozkleję karteczki, że coś tam nie wypłaciłem. Ludzie pomyślą, że to taka makabryczna zemsta. Będzie o mnie głośno w mediach, przejdę do historii miasta, a przy okazji przekonam się, kogo z moich znajomych ta informacja o mojej śmierci ucieszyła, a kogo zmartwiła”. Jak pomyślał, tak też zrobił. Następnego dnia w mieście ukazały się klepsydry, że oto w takim, a takim dniu zszedł był taki, a taki biznesmen. Zgodnie z oczekiwaniami sprawcy zamieszania fakt ten stał się sensacją. Rozdzwoniły się telefony. Hol hotelowy zapełnił się żądnymi informacji dziennikarzami. Sprawą tą interesował się każdy. Począwszy do władzy samorządowej, zakładów pogrzebowych, a na prostych mieszkańcach skończywszy. Biznesmen siedział za swoim biurkiem i dementował. Krążą pogłoski o zmianie nazwy hotelu, który teraz miałby się nazywać „Zmartwychwstanie”, a z głośników zamontowanych w pokojach hotelowych ma się sączyć przebój Macieja Zembatego „Jak dobrze mi w pozycji tej...”.
Ktoś mógłby mi zarzucić, iż robię sobie jaja z takiej makabreski. No cóż, lepiej to obrócić w żart, nawet makabryczny, niż traktować jako faktyczne życzenie czyjejś śmierci.
autor: Janusz Grela
Skomentuj ten artykuł! (0)