Odejście szydercy
O czym tu dziś pisać: o wspaniałej pogodzie, która nas tu na Widawie w październiku rozpieszcza, o kwiatach ponownie kwitnących, o kasztanie latoś dzielniejszym w walce z macedońskim szkodnikiem i o jabłkach pyszniących się kolorowo na drzewach młodych i starych? Piękno to i łaskawość Przyrody jawią mi się teraz tym jaskrawiej, gdyż przed tygodniem tąpnęło mną i znalazłem się na kilka dni w sycowskim szpitalu, gdzie szybko i serdecznie doprowadzono mnie do użytku. Dziękuję przeto wszystkim, którzy się do tego przyczynili: lekarzom, pielęgniarkom, salowym, sanitariuszom z Pogotowia, którym było ze mną fizycznie najciężej. Oby już więcej nie musieli targać takiego ciężaru. Mam taką nadzieję, biorę lek, który ma mnie chronić przed poudarową „trzęsawką”, dobry to lek, bo nie pozwala, kurde, nawet na kroplę alkoholu. Oj, życie, życie, któreś nowelą!...
A Zygmuntowi Kałużyńskiemu się zmarło. Fakt, był znacznie starszy ode mnie, ale dziwi, a nawet gniewa, nie tyle fakt jego odejścia, ile okoliczność zmowy wokół Jego postaci. Gazety, jeśli o nim w ogóle pisały, to tyle, że chodził brudny, niemyty i wygadywał straszne rzeczy. Jeden z najbardziej inteligentnych ludzi naszych czasów, który wszystkim bez wyjątku mówił prosto w oczy, co o nich sądzi, i dlatego przez wielu luminarzy naszego życia umysłowego był znienawidzony, nawet po śmierci został różnymi cytatami twórców „skreślony”. Gdy porównam to z medialną żałobą po śmierci Jerzego Waldorffa, który „grzeszył” przeciw obyczajowej normie niezgorzej od Pana Zygmunta, ale był hrabią, na co dzień „komilfo” i chodził elegancko ubrany, to tylko popłakać można nad pewną częścią polskiego „intelektualizmu”. Cechowało Pana Zygmunta stańczykowskie poczucie humoru, a zaciętość miał jak Boy. Ja sam przez wiele lat uważałem Kałużyńskiego trochę za wariata, trochę za prowokatora; za „wariata” dlatego, bo nie mieścił się w żadnej uznanej na salonach „normie”, za prowokatora z tego powodu, że świadomie zadzierał z koryfeuszami kultury, sprowadzał ich do właściwego wymiaru i śmiał się z nich swoim małpim grymasem i głośnym „he,he,he”.
Do tego wszystkiego był człowiekiem lewicy. Poznałem Go prawie ćwierć wieku temu. Dokładnie przypominam sobie ten moment: otwierane było właśnie posiedzenie „podstolika” prasowego w ramach Okrągłego Stołu i ja sam siedziałem samotny jakby w „prezydium” między ustawionymi naprzeciw stołami, przy których zasiadła z jednej strony grupa „opozycyjna”, a z drugiej „partyjno-rządowa”. Wpadł w ostatniej chwili, od razu podszedł do miejsca, w którym ja siedziałem, przedstawił się, spojrzał na moją plakietkę przy klapie marynarki, powiedział „aha, Sprawy i Ludzie, znam, pisze tam niegłupio Bukowiecki” i poskarżył się: „Nie chcieli mnie skurczybyki wpuścić. Nie podobał im się mój strój.” A wiedzieć trzeba, że obrady toczyły się w nobliwym Pałacu Namiestnikowskim (obecnie Prezydenckim), do którego ochrona nie chciała wpuścić faceta w barchanowej koszuli i bez krawata, wyświechtanej marynarce i wypchanych na kolanach spodniach. No ale w końcu spóźniony na „bramce” wszedł i przysłuchiwał się obradom. Gdy mu drugiego czy trzeciego dnia obrad udzielono głosu, wygłosił niemal profetyczny speach. Nie chce mi się grzebać w grubym protokóle z obrad „podstolika”, zacytuję z pamięci. Odnosił się Kałużyński do postulatu pluralizmu w gazetach, a zwłaszcza w telewizji. No tak, chcecie znieść RSW Prasa, ale powiedźcie uczciwie, czy chcecie ten koncern znieść, czy przejąć dla siebie? - pytał. I w ogóle jak to ma być z prawami właścicielskimi, skąd weźmiecie kapitał? W telewizji żądacie równego udziału opozycji - wywodził - a skończy się na tym, że o tej „równości” będziecie chcieli decydować sami - twierdził. To tylko kwestia czasu - dodał. Zamurowało nie tylko przedstawicieli opozycji, z innego powodu zdziwieni byli ludzie z tzw. obozu „rządowo-partyjnego”: czyżby aż do tego miało kiedyś dojść?
Działo się to gdzieś w lutym 1989, cztery miesiące przed wyborami czerwcowymi. Dziś jest tak, jak zapowiadał Zygmunt Kałużyński prawie ćwierć wieku temu. Koncern RSW przejęła opozycja dla siebie (zresztą z pomocą posłów PZPR w Sejmie „kontraktowym”), kapitał się znalazł u zachodnich wydawców - Amerykanie sfinansowali Gazetę Wyborczą, Norwegowie Rzeczpospolitę, a Niemcy z czasem całą resztę. Co się tyczy tzw. lewicowej prasy, to przypomina się dowcip z czasów późnego PRL: ktoś pyta w kiosku o Trybunę Ludu. Gazet wydawanych w rezerwatach nie prowadzimy - brzmiała odpowiedź. Obecna Trybuna (bez Ludu) trzyma się wprawdzie całkiem dzielnie, ale to, że faceci w rodzaju Leszka Millera o mało nie skazaliby lewicowy elektorat na swoisty skansen, też jest prawdą. Wyniki „demokratyczno-równościowych” zmian ostatnio w TVP świadczą o dalekowzroczności Pana Zygmunta nie tylko co do polskiej produkcji filmowej i zamerykanizowanej „kultury masowej”, czym się przede wszystkim zajmował, ale także co do „pluralizmu w mediach”. Żal, że ubył jeszcze jeden szyderca, który atakował zakłamanie.
Ze zdrowotnym pozdrowieniem
Wasz felietonista
autor: Julian Bartosz
Skomentuj ten artykuł! (5)