


Prezydent Kaczyński zdecydował się wstrzymać z ostatnim etapem ratyfikacji traktatu lizbońskiego w Polsce, jakim jest złożenie przez Prezydenta podpisu pod aktem ratyfikacji. Ta pauza ma potrwać do czasu, kiedy znajdziemy dobre rozwiązanie dla irlandzkiego NIE. Prezydent Sarkozy poczuł się zaskoczony tą decyzją, a francuski liberalny dziennik Le Monde napisał wręcz, że Polska psuje święto, jakim jest otwarcie prezydencji francuskiej w Unii Europejskiej. Trudno o bardziej pokrętny obraz sytuacji.
W UE rutynowo dwa razy do roku zmienia się przewodnictwo w Radzie. Nie widzę żadnego powodu, by robić z tego przejmowania obowiązków wielkiego show. Uroczystości, jakie mogliśmy oglądać w Paryżu, przekraczały skalą dzień zaprzysiężenie nowego rządu. Coraz większa pompa, z jaką usiłuje się obchodzić kolejne prezydencje w UE, to nic innego jak przykrywanie braku treści wyolbrzymioną formą. Nikt w Warszawie nie ma powodu zastanawiać się, jak biegną takie terminy. Dlatego diagnozy dziennikarzy Le Monde, mówiące o szczególnej przykrości wyrządzanej w ten sposób Francji, są przejawem przewrażliwienia.
Także Prezydent Sarkozy nie powinien czuć się zaskoczony. Wszak negocjując traktat lizboński w czasie swej pierwszej wizyty w Warszawie oraz podczas szczytu brukselskiego w czerwcu 2007 roku, mógł doskonale poznać sceptyczne wobec traktatu poglądy Prezydenta Kaczyńskiego, które od tego czasu się przecież nie zmieniły.
Nie trzeba nawet mieć tak wybitnej pamięci. Wystarczy przeczytać temat numeru The Economist sprzed 3 tygodni, by się przekonać, że kontynuowanie ratyfikacji traktatu z Lizbony po referendum irlandzkim jest pozbawione sensu. „Pochowajcie go!” - głosiła okładka jednego z najbardziej opiniotwórczych pism globalnych. Motywy Prezydenta były dość oczywiste. Traktat lizboński nie może wejść w życie bez zgody Irlandczyków. To elementarz prawa międzynarodowego. Ratyfikacja zatem ma znaczenie wyłącznie polityczne. Jest aktem międzynarodowej presji na Irlandię i Irlandczyków, która może się obrócić przeciwko integracji. Irlandczycy już dziś zadają sobie pytanie o to, czy można mieć zaufanie do organizacji, która przyjmuje do wiadomości tylko takie decyzje, które są po jej myśli.
Ale niektórzy nie wytrzymali i poszli jeszcze dalej. W czerwcu niemiecki przewodniczący socjaldemokratów w Parlamencie Europejskim wezwał do usunięcia Irlandii z UE. W lipcu taki sam postulat zgłosiła niemiecka deputowana z frakcji liberalnej. Z prawnego punktu widzenia to oczywiście nonsens. Obu niemieckich posłów powinno bardziej uważnie przeczytać traktaty europejskie. Państwo członkowskie może ewentualnie samo opuścić Unię. Państwo może podlegać zawieszeniu prawa głosu w Radzie, jeśli rażąco nie przestrzega obowiązujących traktatów. Nikt jednak „prawa do wyrzucania” za negatywny stosunek do nieobowiązujących traktatów nikomu w Unii nie dał. Ale obie wypowiedzi mają oczywiście charakter polityczny. To ostentacyjne lekceważenie suwerenności państw członkowskich w zakresie ratyfikacji. Obie deklaracje są o wiele bardziej szkodliwe dla integracji europejskiej niż irlandzka odmowa ratyfikacji. Zapadają w pamięć, tak jak Irlandczykom zapadło w pamięć, że w 2002 kazano im dwa razy głosować nad tym samym tekstem. Wtedy też wynik referendum nie zgadzał się z wynikiem oczekiwanym w UE.
Z całego zamieszania zostanie tylko jedna rzecz: i tak wątła demokracja europejska ośmieszy się jeszcze bardziej.
autor: Konrad Szymański