Pęknięta fasada
Już kiedyś w swoich kawałkach pisałem, że odczuwam niejaką gorzką satysfakcję, kiedy słyszę i czytam o tym, że tak mocno przez ostatnich 15 lat apostrofowane pojednanie polsko-niemieckie okazuje się w zderzeniu z realnie antypolskimi tendencjami w Niemczech jeno piękną fasadą. Nas, dziennikarzy czasów tzw. komuny zajmujących się problematyką niemiecką, oskarżano zaraz po „uzyskaniu wolności” o to, że „straszyliśmy rewizjonizmem niemieckim”, aby utrzymać reżim i zależność od Moskwy. Ja np. też niby „straszyłem”, albowiem wykazywałem nie tylko w tekstach prasowych, ale także w wydanych w latach 1970-1980 książkach (np. o doktrynie politycznej Brandta - Mitologia okrężnych dróg i o strategii Kohla - Szkice do portrertu), że doktryna prawna RFN zasadniczo kwestionowała polską rację stanu. Nie zajmowałem się typowymi rewizjonistami z organizacji przesiedleńczych, ale zgłębiałem istotę polityki Republiki Federalnej w świetle nakazu z preambuły jej konstytucji oraz obowiązującego prawa niemieckiego.
Ostatni raz, napomknę, zajmowałem się tym podczas międzynarodowej konferencji poświęconej „polityce odprężenia na linii Bonn-Warszawa-Moskwa”, jaka odbyła się jesienią 2001 roku w Poczdamie i gdzie, wcale nie ku mojemu zdumieniu, stwierdziłem, że „sztama” między Berlinem i Moskwą trzymana jest - przeciw zdaniu Polski - nadal i to mocno! Prawda, dawniej „pyskować” przeciw stanowisku rosyjskiemu można było jedynie aluzjami i drogą okrężną (przypominając np. Rapallo, bo z Ribbentropem i Mołotowem do lat 80. było trudniej), ale fakt pozostaje faktem, że dla Niemiec Polska była, jest i będzie przede wszystkim krajem leżącym między nimi a Rosją, krajem, który obecnie stanowi „wschodnią rubież NATO” i wysuniętym ku Rosji obszarem UE. No cóż, taka jest obiektywna „geopolityka” i nie ma co rozdzierać szat. Rzecz w tym, że przy całkowitym milczeniu Moskwy (i być może skrywanej przez nią satysfakcji: macie, Polaczki, co chcieliście) odezwały się w Niemczech nieprzyjazne wobec Polski i Polaków tendencje rewindykacyjne, wobec których tamtejszy rząd, związany niby swoim prawem, nic nie może zrobić. Owszem, jak zapewniał kanclerz Schroeder niedawno w Warszawie, on, jego rząd i „żadna poważna siła polityczna” (co jest nieprawdą) nie popierają zapędów restytucyjnych wobec Polaków na ziemiach przyznanych w Poczdamie Polsce, ale wobec Pawelków jest po prostu bezsilny! Wobec Rosji, która jako ZSRR zajęła północno-wschodnią część Prus z Królewcem, nikt w Niemczech nawet w snach nie śmie występować. Czują respekt. Nas zaś - jak w ostatnim wydaniu Wielkiego Formatu Gazety Wyborczej mówił polsko-niemiecki poeta Piotr Lachmann - olewają. Olewają, lekceważą, starają się ośmieszyć i zapowiadają ciąganie po sądach.
W tygodnikach, które ukazywały się w poniedziałek - w Newsweeku Polska, we Wprost oraz w Przeglądzie - znalazłem długie teksty, w których w nawiązaniu do odbytej w ubiegłym tygodniu debaty „reparacyjnej” w Sejmie podejmuje się temat m.in. zaniechań rządu polskiego w stanowczym zwalczaniu bezczelnych żądań niemieckich. To prawda, rząd Belki - bo to jego słusznie też atakują i Surdykowski w Newsweeku, i Grzybowska we Wprost - jest także w tej kwestii kompromitująco bezczynny. Autorzy ze słusznej, solidarnościowej orientacji w swych zarzutach całkowicie pomijają i premiera Mazowieckiego wraz z ministrem Skubiszewskim, i premiera Bieleckiego z tym samym ministrem, którzy podpisując w 1990 i 1991 układy ze zjednoczonymi Niemcami zgodzili się na pominięcie spraw własnościowo-majątkowych i w specjalnych listach potwierdzili, że te sprawy wyłączają z polsko-niemieckiego „pojednania”. To było główne, zasadnicze zaniechanie, którego konsekwencje ponosi obecnie polska polityka. O tym żaden mówca w burzliwej debacie sejmowej słówkiem nawet nie pisnął. Słabość obecnej pozycji Polski wobec złych tendencji oficjalnie tolerowanych „określonych kół” niby z marginesu życia politycznego Niemiec wynika z tego podstawowego grzechu, do którego nikt z twórców „nowego kursu” wobec Niemiec nie chce się przyznać. Teraz skłonni są jedynie przyznać, że „stosunki polsko-niemieckie, które są tak dobre, jak nigdy dotąd w historii”, nagle, ni stąd, ni zowąd, „stały się najgorsze w ostatnim 15-leciu”. I że przypominają właśnie czasy, gdy „komuna” używała „straszaka rewizjonistycznego” dla utrzymania Polaków w karbach posłuszeństwa. Apostołowie „pojednania” milczą, udają zaskoczonych i - jak np. Donald Tusk, który bladego pojęcia o problemie nie ma - namawiają do „Europy bez roszczeń”. Słusznie Krystyna Grzybowska pisze, że Niemcy zmuszone do bezwarunkowej kapitulacji po rozpoczętej przez nich i przegranej wojnie przyjęły na siebie wszystkie konsekwencje z klęski wynikającej - także wobec własnych obywateli. Jeśli zatem Pawelka chce robić brudne interesy z prawnie utraconym majątkiem, to niech ten Geschaeft robi z rządem RFN, prawnym następcą III Rzeszy. I to właśnie jednoznacznie musi oświadczyć polski rząd!
Z niemcoznawczym pozdrowieniem
Wasz felietonista
autor: Julian Bartosz
Skomentuj ten artykuł! (2)