Pierwsze koty w Brukseli
Pierwsza wizyta w Parlamencie Europejskim w Brukseli, po wyborach. Trochę jak na komisariacie policji. Robią mi najpierw 1 zdjęcie, następnie - już w innym miejscu - kolejne, tym razem na stronę internetową. Podpisuję sporą ilość papierów, kwitując odbiór innych papierów. Od stanowiska polskiego wędruję do Działu Finansowego, od Działu Finansowego do działu, w którym zakłada się konta mailowe, potem jeszcze radzą mi, żeby założyć konto bankowe - a na miejscu są 3 banki. Otrzymuję najpierw jeden identyfikator ze zdjęciem - tymczasowy. Następnie drugi identyfikator, ze zdjęciem, lepszy, ale też tymczasowy. Te właściwe, już poselskie, będą dopiero po 20 lipca. Dostaję też parę kilogramów Traktatów Europejskich po polsku i trochę materiałów po angielsku.
Oczywiście już tu byłem szereg razy, także w tym roku, ale dopiero teraz poznaję nieznane mi wcześniej gąszcza setek korytarzy i pokojów dla urzędników i posłów. Właściwie Parlament Europejski znałem dotąd z Sali Plenarnej, czy innych większych sal, a nie „od kuchni”. Przyleciałem samolotem, inni posłowie dojeżdżają samochodami, pociągami lub też „powietrzem”. Wędrówka ludów i niech nikt nie myśli, że posłowie innych narodowości z niecierpliwością czekają, co na ten temat powie strona polska. Polska nie jest pępkiem świata - ani Europy. Mam nadzieję też, że nie będziemy wyrostkiem robaczkowym naszego kontynentu. Ale też nie miejmy złudzeń, że naszych 54 deputowanych będzie trząść Brukselą czy Strasburgiem. Trząść nie musimy - ale nasz głos musi być słyszalny.
www.ryszardczarnecki.pl
autor: Ryszard Czarnecki
Skomentuj ten artykuł! (5)