Polski „V-day”
Ostatni tydzień w Parlamencie Europejskim zdominowany został przez temat 60. rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Dziś, w którym głosowaliśmy nad rezolucją, był polskim „V-day”.
W rezolucji dotyczącej Holocaustu przeszły dwie ostro dyskutowane polskie propozycje. Pierwsza podkreślała odpowiedzialność narodu niemieckiego za Auschwitz, druga - na liście narodowości i grup ofiar - przesuwała Polaków przed homoseksualistów (w poprzedniej wersji było odwrotnie!), choć jesteśmy za Cyganami, których zginęło mniej. Niemcy się ugięli, choć początkowo i chadecy, i socjaliści nie chcieli słyszeć o przyznaniu, że za zbrodnie II wojny odpowiadają Niemcy. Nic dziwnego, skoro szefami obu tych największych grup politycznych są… Niemcy.
Koniec wszak wieńczy dzieło. A ten dla Polski był pozytywny. Tylko Borrell - jak to Borrell, niczym Piłat w credo - omawiając rezolucję przed głosowaniem i mówiąc o ofiarach, nie wspomniał o Polakach. Pojawili się za to Słowianie… Ten facet niczego nie zrozumiał i niczego się nie nauczył. Pan przewodniczący PE potrzebuje - to powiedziałem w wywiadzie dla TVN 24 - korepetytorów zarówno z polskiej współczesności, jak i polskiej historii. Jeśli ich sobie sprawi - współczuję im: Borrell nie wygląda na pojętnego ucznia.
Ale to nie był koniec. Kolejne dni przyniosły kolejne bzdury w światowych mediach. Zwykle poważny, teraz niepoważny, New York Times pisał o zbiorowej odpowiedzialności Polaków za Auschwitz. Brytyjski lewicowy The Guardian bredził o „polskim obozie śmierci”. Podobnie w hiszpańskiej prasie - podpis pod zdjęciem Auschwitz: „polski obóz śmierci”. To samo w belgijskim opiniotwórczym Le Soir.
Myślę, że rację mają ci, którzy mówią, iż jedyną metodą na takie akty nieuctwa, niechlujstwa albo złej woli, są procesy sądowe. Bezkarność rozzuchwala. Swoją drogą brak reakcji lub mizerne reakcje w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat doprowadziły do tego, że to, co nienormalne i nieprawdziwe, wielu jest skłonnych uznać za normalne i prawdziwe. Czas z tym skończyć. No pasaran…
www.ryszardczarnecki.pl
autor: Ryszard Czarnecki
Skomentuj ten artykuł! (0)