Próby nacjonalistycznej irredenty
Niedobrze się dzieje. I w ogóle, i w szczególe. Chcę zwrócić uwagę Czytelniczek i Czytelników naszej Panoramy na jeden wycinek tej ogólnie niedobrej sytuacji. Mam na myśli to, co dzieje się na styku między Polską i Niemcami. Mieliśmy w ostatnich dniach do czynienia z szeregiem prowokacji antypolskich. Nie dzieje się tak (jeszcze) na ziemi oleśnickiej, ale niedaleko stąd. 30 kwietnia wysunięty przez mniejszość niemiecką starosta strzelecki pan Matheja nakazał usunąć z budynku starostwa polskie godło państwowe i umieścić przy wejściu do gmachu obok herbu Strzelc Opolskich dwujęzyczną informację, że urzęduje tu Kreislandrat von Gross Strelitz czyli starosta powiatu strzeleckiego. Prawo do takiego postępowania - jak mówił Matheja - daje mu ustawa o samorządzie. Z chwilą wejścia Polski do Unii Europejskiej - objaśniał dalej ów „incydent” - Biały Orzeł już jest zbędny, bo przecież teraz Polska, jak poprzednio już Niemcy, należy do jednej wspólnej Unii. Potem, indagowany na tę okoliczność przez wojewodę opolskiego panią Elżbietę Rutkowską, zwalił wszystko na nadgorliwych robotników. Wobec pokrętności tłumaczeń pani wojewoda skierowała sprawę do wyjaśnienia prokuraturze. Co ona zrobiła lub zamierza zrobić, nic nie wiadomo.
Usunięcie i zniszczenie polskiego godła narodowego, chronionego przez Konstytucję, jest zabronione przez polski Kodeks karny. Śledząc sprawę na podstawie Nowej Trybuny Opolskiej, odnoszę wrażenie, że niektóre tamtejsze środowiska polityczne, w tym SLD, lekceważą ów „incydent”, określając go jako „nieprzemyślany” czy też - w najostrzejszej postaci - jako „nieodpowiedzialny”. Przewodniczący mniejszości niemieckiej na Opolszczyźnie poseł Heinrich Kroll w telefonicznej rozmowie ze mną określił to jako „błąd” (ein Fehler), wyraził jednak wątpliwość, czy jest to „ein grosser Fehler”, albowiem - jak mi mówił - w porównaniu z „polskimi nacjonalistycznymi demonstracjami na Górze Świętej Anny w dniu 2 i 3 maja” [z okazji rocznicy Powstań Śląskich - JB] wydarzenie w Strzelcach jawi mu się jako niezbyt ważne.
Niemal równocześnie z usunięciem Orła Białego z siedziby starostwa wyszła na światło dzienne sprawa jeszcze gorsza. Oto z poparciem i częściowo za pieniądze Urzędu Marszałkowskiego polski (!) historyk Tomasz Kamusella ogłosił drukiem swoisty Glosariusz ziemi opolskiej, w którym jako prawnie prawdziwe zacytował zdecydowanie rewizjonistyczne tezy niemieckie. Mój opolski przyjaciel poeta Jan Goczoł, polski Ślązak od dziada-pradziada, z którym rozmawiałem, uznał, że ów Kamusella powiedział akurat to, co usiłuje twierdzić Erika Steinbach. Na moje pytanie, dlaczego tak się dzieje, odpowiedział, że w ogóle dzieją się na Opolszczyźnie niepojęte dla niego rzeczy, świadczące o politycznej i narodowej ślepocie. Przyznał - indagowany przeze mnie - że może to mieć pewien związek z faktem, iż w Sejmiku Opolskim większość tworzy SLD razem z mniejszością niemiecką.
I oto fakt trzeci: w wielu podsudeckich miastach pojawiły się prowokacyjne plakaty i ulotki, których autorzy oskarżają Polaków i Czechów o wymordowanie po 1945 roku 3,5 mln Niemców. Trzeba o tym przypomnieć - piszą autorzy - właśnie po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Jak czytam w polskojęzycznej wrocławskiej gazecie niemieckiej, policja, dowiedziawszy się o plakatach, nie reagowała na ten - jak się wyraził burmistrz jednego z miast - „wybryk” jakiejś małej grupy, która chce „skłócić Polaków i Niemców”. Wojewoda wrocławski w lokalnej telewizji uspokajał, żeby ludzie się nie bali, bo polskie prawo, nadrzędne wobec międzynarodowego (!?), nie dopuszcza żadnych własnościowych rewindykacji ani odszkodowań dla dawnych właścicieli. I tyle!
Z przeglądu prasy i elektronicznych mediów centralnych wnioskuję, że Warszawa traktuje to wszystko jako incydenty lokalne: nie widać (do 10 maja) żadnej reakcji. W świetle takiego zachowania mediów i władz może się wydawać, że rację ma np. poseł LPR Janusz Dobrosz (dawniej PSL), który bijąc na alarm oskarża rządzącą dotąd formację o niedopilnowanie w rozmowach z UE sprawy wyrzeczenia się przez Niemcy wszelkich roszczeń majątkowych. Ta sprawa rzeczywiście nie została dopilnowana, ale stało się tak znacznie wcześniej, przy negocjowaniu układów z Niemcami w 1990 i 1991 roku. Wtedy „etosowi” politycy (Mazowiecki i Bielecki) dopuścili do tego, by Helmut Kohl przeforsował swe żądanie, aby ta sprawa pozostała otwarta. Rzecz zatem zdecydowanie nie powinna służyć do politycznych rozgrywek w polskich „elitach”.
Wspomniane trzy prowokacje winny spotkać się z ostrą reakcją polskich władz lokalnych i zdecydowanym oświadczeniem czynników rządowych. „Małe grupki”, „wybryki”, „nieprzemyślane akcje” i „nieznaczne błędy”: na tego rodzaju lekceważenie prób nacjonalistycznej irredenty niemieckiej w Polsce godzić się nie wolno.
Z niemcoznawczym pozdrowieniem
Wasz felietonista
autor: Julian Bartosz
Skomentuj ten artykuł! (2)