Reinterpretacja
W piersiach dech mi zaparło i ze zdumienia co najmniej na kwadrans odebrało mowę. Przeczytalem inserat pomieszczony w ramce na 9. stronie, w numerze 10, z dnia 4 lutego Panoramy Oleśnickiej: „Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Oleśnicy zaprasza wszystkich chętnych na wspólne wyjazdy do kina, teatru i opery. Najbliższy wyjazd w piątek 25 lutego do Opery Dolnośląskiej we Wrocławiu na operę romantyczną [sic! - podkr. moje Cz.P.] W.A. Mozarta pt. „Czarodziejski flet (...)”. Raz po raz oczy przecieram, czy mnie wzrok nie myli?... Operę romantyczną Mozarta!? Tego jeszcze nie grali! - wołam wreszcie; bo zawsze byłem przekonany, opierając się na tym, że przynajmniej dotychczasowy stan badań muzykologicznych uznawał go - obok Josepha Haydna i Ludwiga van Beethovena - za klasyka wiedeńskiego.
Ostatnia opera W.A. Mozarta „Czarodziejski flet” z 1791 roku, jak wiadomo, zawiera motywy wolnomularskie, a ponadto „elementy baśni i praktycznej filozofii, laickiej religii i ludowej farsy” - jak to określa Karol Stromenger (1885-1975), sędziwy autor „Przewodnika operowego” („Iskry”, Warszawa 1959, ss. 282-287). Nie ma tu - ani wprost, ani pośrednio, bo po prostu wcale nie ma - wniosku, jakoby „Czarodziejski flet” Mozarta był operą romantyczną. Czyżby od roku wydania, 1959, zaszły tu jakieś istotne zmiany - reinterpretacji do „romantyczności” tej opery?
Podręcznik zatwierdzony dla szkół muzycznych I stopnia oraz ognisk muzycznych pismem Ministerstwa Kultury i Sztuki z dnia 14 VII 1958 (...) autorstwa Bohdana Muchenberga „Pogadanki o muzyce”, wyd. 5., PWM, Kraków 1978 (zwłaszcza s.: 133-137) w charakterystyce „najwybitniejszych oper” Mozarta o „Czarodziejskim flecie” pisze jako o dziele, które „wskazywało nowe drogi w rozwoju opery”. Mimo to nie wyciąga jeszcze z tego aż tak daleko idącego wniosku, jakoby to była opera romantyczna; co to, to nie.
Monografia książkowa „Mozart” (oprac. Władysław Dulęba, teksty Zofia Sokołowska, wyd. PWM, Kraków 1977) - zarówno w bogatej ikonografii, jak i w spisie dzieł: „KV 620 Die Zauberflöte (...), libretto E. Schikanedera, Wiedeń III-IX 1791 (...)” bynajmniej też nie określa „Czarodziejskiego fletu” mianem opery romantycznej.
Ani oparta na ogromnej wiedzy praca Alfreda Einsteina (1880-1952) „Mozart - człowiek i dzieło”, z posłowiem Stefana Jarocińskiego („Syntezy”), PWM, Kraków 1983... nawet na chwilę nie dopuszcza myśli o jakoby „romantycznej operze” „Czarodziejski flet” Mozarta. Trzeba tu koniecznie rozróżnić kwestię wpływu W.A. Mozarta na jego następców, romantycznych kompozytorów, bo to inna kwestia: „sam romantyzm zrobił później, co mógł, by błędnie, po swojej myśli, interpretować Mozarta, jako że nie mógł go negować; ale kilku romantycznych muzyków potrafiło jednak wchłonąć w swą twórczość coś z ducha Mozarta: Mendelson (...), Chopin (...), Brahms (...) aż do Busoniego (...). „Czarodziejski flet” stał się punktem wyjścia dla niemieckiej opery (...)”.
No cóż, ktoś pobłażliwy mógłby wzruszyć ramionami, wszakże „errare humanum est”. Może to i parodia, tyle tylko, że profesjonaliści, nawet kiedy się mylą, poniżej pewnego poziomu nie spadają, bo po prostu im nie wypada. Gdzie jak gdzie, ale w dobrej Bibliotece jest tyle informacji o Mozarcie w zasięgu ręki...
Poniechajmy jednak takiego pesymistycznego zakończenia. Jest bowiem jeszcze inne wytlumaczenie tej, powiedzmy, „romantycznej opery” „Czarodziejski flet”. Oto została nam przedstawiona hipoteza, która reinterpretuje - odrzuca i wręcz... rewolucjonizuje zastany (och, jaki stary, przestarzały) stan badań spuścizny, dotychczas uważanego za reprezentanta klasycymu W.A. Mozarta. Tyle tylko, że najpierw tę „romantyczność” Mozarta trzeba by dopiero wyczerpująco i przekonująco udowodnić - a to będzie trudne, a może nawet niemożliwe...
autor: Czesław Panek
Skomentuj ten artykuł! (311)