Serbia - daleko do Unii
Ostatnio przedmiotem konfliktu między prezydentem Borisem Tadicem a premierem Republiki „Srpskiej” Kostunicą jest nowa konstytucja. Wszyscy zgadzają się, że trzeba przekreślić tę z czasów Miloszevicza, ale o ile prezydent uważa, że przyjęcie nowej nie zmienia nic w jego urzędowaniu i że niepotrzebne są w związku z tym nowe wybory, to jego główny oponent - szef rządu jest zdania (skądinąd słusznie), że nowa konstytucja to opcja zerowa i trzeba na nowo wybrać i parlament, i rząd, i głowę państwa. Prezydent Tadic to, powiedzmy, proeuropejski liberał, a premier Kostunica to, nazwijmy go tak, „umiarkowany nacjonalista”. Oczywiście, Bruksela pierwszego faworyzuje (publicznie i spektakularnie), a drugiego nie lubi, równie publicznie krytykuje, spiera się z nim i rzuca kłody pod nogi. Prezydent ma 48 lat, urodził się w Sarajewie (serbskie losy!), jest absolwentem psychologii uniwersytetu w Belgradzie, ma żonę i czwórkę dzieci. Wcześniej był ministrem telekomunikacji (8 miesięcy) i obrony (13 miesięcy). Zwolennik wysłania serbskich żołnierzy do Afganistanu i bliskich związków z NATO. Mówi po francusku i angielsku.
Premier jest od niego znacznie starszy, bo ma 62 lata. Urodzony w Belgradzie, z zawodu jest wykładowcą akademickim (filozofia i nauki społeczne). W przeciwieństwie do większości serbskich polityków nigdy nie był w partii komunistycznej. Przez 7 lat w latach 90. zasiadał w serbskim parlamencie. Przez dwa i pół roku (między wrześniem 2000 a lutym 2003) był prezydentem Jugosławii, detronizując na tym stanowisku „Slobo” Miloszevicza. Premierem jest od 2 lat i 3 miesięcy. Przeciwnik oderwania Czarnogóry. Spokojnie mówiący profesor jest grzeczny w formie i znacznie bardziej radykalny w treści. Nie znosi - z wzajemnością - prezydenta Tadica.
Serbowie, w tym serbscy politycy, czują już, że Kosowo wymusi niepodległość - i to przy milczącym poparciu i UE, i NATO. Ale żaden Serb, a już zwłaszcza serbski polityk, nigdy, nigdzie, za nic w świecie, za żadną cenę i pod żadnym pozorem nie powie głośno: „Kosowo stracone”... Chyba że - jak mówi znajomy dyplomata - po trzech koniakach. Ale nie wcześniej. Podsumowuję mój drugi dzień w Belgradzie. Pierwszy wątek: młodzież. Serbska młodzież powinna się kształcić tutaj. Załatwianie jej stypendiów zagranicą doprowadzi do tego, co stało się z Polakami z dawnych Kresów Wschodnich, z dzisiejszej Ukrainy i Białorusi: Polacy stamtąd studiujący w Polsce w swej olbrzymiej większości zostali u nas (a więc i u siebie), nie wrócili, nie zasilili polskiej inteligencji na Wschodzie. Mieli do tego zresztą pełne prawo. Trzeba o tym polskim, choć specyficznym, przykładzie mówić naszym serbskim przyjaciołom. Wizja Serbii bez serbskiej młodzieży jest całkiem realna.
Na spotkaniu z ambasadorami kilku krajów UE w Belgradzie mówiono, że to wizy hamują wyjazdy np. studentów na wymianę lub nawet prywatnie. Nie, to nie wizy, lecz... pieniądze, a raczej ich brak. Polscy studenci przyjeżdżają tutaj, ale tutejszych na rewizyty po prostu nie stać. Zresztą nie jest to problem tylko młodzieży akademickiej. Skoro naczelnik w serbskim MSZ zarabia 250 euro miesięcznie...
UE ostatnio zawiesiła negocjacje nad układem stowarzyszeniowym z Serbią. Reakcja opinii publicznej? Żadna. Całkowita obojętność. Są rokowania - dobrze. Nie ma rokowań - drugie dobrze. Gdyby tak wydarzyło się w Polsce w okresie przedakcesyjnym - to dopiero byłaby awantura! Szukanie winnych, wzajemne oskarżenia, zarzuty wobec Brukseli... A tu - spokój, cisza w mediach. „Nawet nikt łzy nie uronił” - mówi mi cierpko polski ambasador. Gdyby nagle Unia, chcąc zdopingować Serbów do intensywniejszych reform administracji, sądownictwa, gospodarki czy wydawania zbrodniarzy wojennych Hadze, zaproponowała Serbii tzw. szybką ścieżkę członkostwa - to i tak nikt by tego tutaj nie docenił. Eksperci twierdzą, że nawet taka marchewka by nie podziałała: do niczego to by nikogo nie zmobilizowało, bo uważają, że i tak to im się należy. Belgijska ambasador w tym kraju, która Serbów zna dobrze, bo jej były mąż to Serb (z drugiej strony: czy była żona może być obiektywna, mówiąc czy cytując byłego męża?), twierdzi, że oni i tak uważają siebie za centrum świata, a jako dowód przytacza wypowiedź swojego eks-małżonka: „My jesteśmy bogami”... Jeżeli w tym wysokim noszeniu głowy przez ten skądinąd miły słowiański naród jest coś na rzeczy, to prawdopodobnie mamy do czynienia ze spuścizną (choć pewnie nie tylko) po epoce Josipa Broz Tito i jego doktryny Jugosławii jako regionalnego „mocarstwa” i lidera bloku państw „niezaangażowanych”, bloku, w którym uczestniczyły kraje z kilku kontynentów, m.in. Indie. Ale pewnie nie tylko to: korzeni tej hardości, dumy (megalomanii - powiedzieliby krytycy) upatrywać należałoby w całej długiej historii tego bitnego narodu, który musiał sobie całe stulecia radzić z Imperium Ottomańskim, aż w końcu nie poradził sobie zupełnie ze swoimi sąsiadami pobratymcami.
Niech każdy, kto opowiada głupoty o brutalizacji życia publicznego w Polsce, przyjedzie do Serbii, czy - szerzej - na Bałkany. Tu dopiero odchodzi ostra jazda. Gdy ostatnio powoływano na stanowisko wicepremiera kobietę - ministra rolnictwa (taki polski Lepper) Ivane Dulic-Markovicz, która jest (a raczej ma nieszczęście być...) pół-Chorwatką, przez media przetoczyła się nie tyle debata, a szowinistyczny rynsztok z używaniem „argumentów”... o prowadzeniu się matki pani minister!!! W porównaniu z tym, u nas to jest „wieś spokojna, wieś wesoła”...
autor: Ryszard Czarnecki
Skomentuj ten artykuł! (1)