


„Chciałem zmienić Europę, ale to Europa zmieniła mnie” - powiedział dzisiaj w Parlamencie Europejskim prezydent Sarkozy. Można by też dodać: „Z kim przestajesz, takim się stajesz”, bo prawicowy Sarkozy wyraźnie lubi i ceni lewicę. Przykłady? Rozdał kluczowe funkcje „rodzynkom” spośród francuskich socjalistów, np. tekę ministra spraw zagranicznych czy fotel dyrektora Międzynarodowego Funduszu Walutowego i jeszcze do tego w domu ma „socjalistyczną” małżonkę.
Podsumowując dzisiaj prezydencję francuską, stwierdził: „Polityki ochrony środowiska nie można prowadzić kosztem polityki społecznej” i... dostał największe brawa od nas - socjalistów. Jak widać nawet jego polityczni przeciwnicy (może tylko poza europlanktonem) przyznają, że odniósł bezsprzeczny sukces.
Sarkozy’ego można nie lubić, ale trzeba przyznać, że to najskuteczniejszy obecnie polityk w Unii. Ma rozbuchaną ambicję, która pcha go nie zawsze tam, gdzie nawet ma prawo występować (np. Gruzja), ale per saldo jego nadaktywność przynosi rezultaty. Gdyż: zatrzymał wojnę w Gruzji, przekuł „zapaść” klimatyczną w „zielony wzrost gospodarczy”, doprowadził do powstania planu antykryzysowego w Europie, parę dni temu przekonał Irlandczyków, by jeszcze raz głosowali w referendum nad Traktatem z Lizbony.
Sarkozy twierdzi, że lepiej jest realizować wielkie projekty niż małe, bo łatwiej wtedy jest przezwyciężyć egoizmy narodowe. Jego zdaniem to brak stanowczości i wizji spowalniają Europę, a nie biurokracja. „Potrzebujemy Europy silnej, zjednoczonej, bez podziałów. Potrzebujemy Europy, która myśli, nie zwleka, ma ambicje i nie zamiata problemów pod dywan”. Niezły program. Brawo. Trudno będzie teraz Czechom utrzymać tempo narzucone przez „Sarko”, a i jemu samemu będzie brakowało tej Wielkiej Władzy. Dobrze się czuł w ubranku prezydenta Unii Europejskiej, choć tak naprawdę nie ma takiej funkcji (jest prezydencja nad Unią, nie ma prezydenta), a do tego w oficjalnym składzie Prezydencji Francuskiej na czele rządu widnieje... premier Francois Fillon.
PS. Byłabym zapomniała o polskim wątku. Sarkozy w swoim wystąpieniu podkreślił, że były też bardzo trudne momenty tej prezydencji, ale nie będzie nikogo krytykował i dyplomatycznie słowem nie wspomniał o naszych „zasługach” w tej kwestii. Dopiero przymuszony w debacie o zdanie dotyczące stanowiska prezydenta Lecha Kaczyńskiego wobec ratyfikacji Traktatu z Lizbony stwierdził lakonicznie: „Dziwi mnie, że ktoś może podpisać Traktat w Brukseli, a później odrzucać ten sam traktat w Warszawie”. Gdzie tu poszanowanie danego słowa?
autor: Lidia Geringer De Oedenberg