Tsunami w Parlamencie
Pierwszy punkt porządku obrad pierwszego w Nowym Roku posiedzenia PE. Lekko żenująca - choć w zamyśle zapewne szlachetna - licytacja, ile to godzin (!) z naszej płacy powinniśmy przeznaczyć na ofiary tsunami: przekazać równowartość 5 czy 10 godzin naszej pracy? Pół biedy, gdy mówi o tym brytyjski, ale pochodzący ze Sri Lanki, deputowany Deva. On przemawia z serca - to dotyczy jego kraju. Gorzej, gdy gadają o tym następni - to bardziej przypomina żerowisko polityczne.
Wspólne, nadzwyczajne, wieczorne posiedzenie Komisji Spraw Zagranicznych, Komisji Rozwoju oraz Komisji Budżetowej PE. Temat: oczywiście tsunami. Bla, bla, bla. Za dużo - jak na tematykę - twarzy roześmianych, sytych, znudzonych. Komisarze mówią długo, za długo o swoich wizytach w rejonie tsunami i planach - a krótko, za krótko o działaniach.
Jedni walczą o życie, dla innych to zabawa. Camiel Eurlings, Holender z największej frakcji EPP-ED, robi zdjęcia i wysyła je szefowi Komisji Spraw Zagranicznych Niemcowi Elmarowi Brokowi (też chadek). Brok nie odbiera. Holender - wraz ze swoim rodakiem Langendijkiem uruchamiają szefa staffu Komisji, aby tylko Brok włączył telefon. Prawa ręka przewodniczącego Komisji interweniuje - Brok uruchamia komórkę i śmieje się radośnie, by za chwilę opuścić posiedzenie. Holendrzy też mają świetny ubaw.
W Azji zginęło co najmniej 165 tysięcy ludzi. Na szczęście nie wszyscy mówcy w PE o tym zapomnieli.
Przedstawiciel rządu Królestwa Belgii tłumaczył, że reakcje władz jego kraju na tsunami były bardzo powolne, bo specjalna jednostka administracyjna zajmująca się reagowaniem na sytuacje kryzysowe była na... wakacjach. Po prostu kryzys nie ostrzegł, że zapuka do drzwi...
www.ryszardczarnecki.pl
Autor jest deputowanym do Parlamentu Europejskiego z Samoobrony
autor: Ryszard Czarnecki
Skomentuj ten artykuł! (2)