


Właśnie przed godziną Parlament Europejski przyjął rezolucję na temat Tybetu. Długa lista chińskich prześladowań własnej, wyjątkowo pokojowej, mniejszości tybetańskiej została w niej nazwana po imieniu. Parlament opowiedział się oczywiście za uwolnieniem zatrzymanych demonstrantów oraz działaczy praw człowieka i przywódców religijnych. Zwróciliśmy uwagę na chińską planową kolonizację terenów tybetańskich przez siłę roboczą przysyłaną z głębi kraju i eliminację języka tybetańskiego w szkołach. Głównym posłaniem tego tekstu jest oczekiwanie, by dialog, a nie przemoc, był podstawą relacji między Chinami a Tybetem.
Wiele osób zapyta: Czy to ma jakieś znaczenie? Czy ktoś się w Pekinie przejmie kolejnym papierkiem? Zapewne... nie bardzo. Jednak w tej grze - bynajmniej nie olimpijskiej - Europa i jej obywatele mają jedną mocną kartę. Tą kartą jest reputacja Chin, która w sporej mierze zależy właśnie od nas.
Chiny zdecydowały się na organizację olimpiady nie dlatego, że komunistyczne władze pokochały sport i idee pokojowej rywalizacji. Widzieliśmy to na ulicach Lhasy i innych tybetańskich miast w marcu tego roku. Chiny zorganizowały olimpiadę po to, by pokazać światu i swoim obywatelom, że są w pełni akceptowanym, normalnym uczestnikiem międzynarodowej społeczności. Właśnie na naszych oczach tracą tę okazję, na którą tak bardzo liczyli. Tracą ją z powodu samej groźby bojkotu olimpiady przez czołowych polityków europejskich oraz za sprawą zamieszek na trasie biegu z olimpijską pochodnią. Dlatego nadal powinniśmy zabiegać o to, by żaden europejski przywódca nie przybył na ceremonię otwarcia igrzysk.
Tybet to jednak szerszy problem. Chińscy ideolodzy władzy nie ukrywają, że chcą wskazać światu alternatywę dla liberalno-demokratycznej drogi rozwoju. Ten biegun autorytaryzmu, jakim stają się Chiny, nie jest zatem regionalnym problemem Tybetu, Tajwanu, Karenów czy Ujgurów. Jest on budowany i umacniany kosztem samej Europy i USA. A więc Tybet wcale nie jest tak daleko. Sprawy, które się tam dzieją, dotyczą Europy bezpośrednio.
Tybet to nie tylko polityka. Tybetańczycy liczą na każdy gest solidarności ludzkiej. Mimo że z Oleśnicy, czy Wrocławia do tradycyjnej stolicy Tybetu - Lhasy jest ponad 6400 kilometrów, nie powinniśmy się zwalniać z tego moralnego obowiązku.
Dotyczy to także sportowców, którzy nie powinni zbyt łatwo uciekać w fałszywą obojętność na pozasportowe aspekty tej olimpiady. Liczę, że także oni znajdą właściwy sposób na okazanie tej solidarności.
autor: Konrad Szymański