Urlopowe fiki-miki
Przez cały pierwszy tydzień na wczasach bawiła mnie papuga Paco kolegi Krzysia. Papuga odleciała, a właściwie wyjechała, i drugi tydzień postanowiłem poświęcić grzybobraniu. Już pierwszego dnia spotkało mnie coś ciekawego. Całkiem przypadkowo i niespodziewanie spotkałem się z pokrewną mi osobą. Nie były to więzy krwi, ale jednak rodzina. Daleka, bardzo daleka, ale rodzina. A było to tak...
Idąc wczesnym rankiem do lasu, spotkałem babcię, która pasła krowy. Zagadałem coś o pogodzie i zaczęliśmy rozmawiać. Wkrótce okazało się, że jesteśmy krewnymi. Koligacyjna ścieżka, idąc od strony babci, wygląda tak: kuzynka tej babci była pierwszą żoną pana, który miał starszego brata, a brat ten był mężem cioci mojej żony. Tak mnie to paciorkowe pokrewieństwo i rozśmieszyło, i podbudowało, że jeszcze energiczniej wziąłem się za swoje genealogiczne drzewo, a robię to już dwa lata. Tych bliskich kuzynów to ja mam aż 37, mam więc co robić. Owszem, mam nawet już i pewne osiągnięcia, bowiem okazało się, że nieco dalszą kuzynką jest dla mnie prowadząca kiedyś „Panoramę” Bożena Targosz. O dalszych ciekawych i cennych, mam nadzieję, odkryciach z pewnością poinformuję. Ciekawi mnie też, kto z Szanownych Czytelników drzewko takie już posadził, albo ma posadzić zamiar. Kto już jak najdalej zaszedł, kogo ciekawego po drodze odnalazł, ile pokoleń ogarnął, itp. Chętnie nawiążę kontakty.
A teraz o grzybach. Już dzisiaj można powiedzieć, że to jest grzybowy rok. Jeszcze nie nadszedł ten prawdziwy sezon (wrzesień, październik), a już wiszą na balkonach te suszone, a i zapraw też wiele. Na tych moich wczasach, przy każdym domku wiszą nanizane podgrzybki, kozaki, prawdziwki - przy moim też. Za dwa tygodnie mam się spotkać z kolegą Tadkiem, który wyjechał z Sycowa 20 lat temu. To był grzybiarz! W sezonie byliśmy w lesie na grzybach regularnie co trzeci dzień. Umówiliśmy się telefonicznie, że odświeżymy te nasze stare grzybne szlaki. Pamiętam, jak wielokrotnie musieliśmy już w lesie czekać, aż zaświta, co by cokolwiek w podściółce leśnej dojrzeć. Pasję taką mam nadal, choć tak wcześnie to nie wstaję już.
To nasz sport narodowy, a słyszałem, że są kraje, gdzie te dary leśne nie są wcale znane. U nas grzyby zbiera nawet sam prezydent. Na Helu, gdzie wypoczywa, ma własny las grzybowy i tylko ochroniarze codziennie rano sprawdzają, by jakiś sromotnikowiec nie odważył się wyjść. Przez te 50 lat łazikowania po lasach mam już całkiem niezłe rozeznanie w grzybowym temacie. Grzybiarze są różni. Jedni uwielbiają zbierać, ale nie obierać. Są tacy, co lubią obierać, ale nie jeść. Spotkałem i takich, co tylko szukają, ale nie wycinają. Są najczęściej tacy, którzy akceptują tylko prawdziwki, kozaki i ewentualnie maślaki. Widziałem też takich, co cięli wszystko, a przebieraniem żona w domu się zajmowała. Owszem, spotkałem też w lesie takich z atlasem grzybów w ręku, z kozikiem i bez, z torbą foliową i koszykiem, z lornetką, z suszarką na baterie(?), itd., itp.
Słyszałem, że Japończycy wynaleźli aparat do szukania grzybów, co to wskazuje i gatunek, i odległość. Ja tego na pewno nie kupię.
autor: Roman Ćwiękała
Skomentuj ten artykuł! (1)