W Dolince Pięciu Stawów
W dzisiejszym kawałku, przyrzekam, nie będzie żadnej wrednej polityki. Ho, ho, muszę się poprawić: żadnej wrednej polityki z naszego pięknego kraju. Przypomniałem sobie bowiem, że o jednej zagranicznej sprawie politycznej napomknąć krótko muszę. Niemcy, jak wiadomo, mają nowego prezydenta. Został nim 61-letni Horst Koehler, którego wysunęła tamtejsza chrześcijańska demokracja. W oficjalnym życiorysie napisano o nim w Niemczech, że urodził się w Skierbieszowie, gdzie w 1943 roku jego rodzice, Volksdeutsche z Besarabii, „znaleźli schronienie” (Zuflucht). W polskich przekazach na temat cv prezydenta RFN ogólnie napisano, że Hans Koehler ma pewien związek z Polską, do której - jak wiadomo - ma zamiar przybyć ze swoją pierwszą zagraniczną wizytą w połowie lipca.
Otóż, jak w ostatnim Przeglądzie napisał prof. Czesław Madajczyk, wybitny polski badacz tematu okupacji niemieckiej w Polsce, związek ten wcale nie był byle jaki („pewien”), ale konkretny. Prof. Madajczyk w tekście zatytułowanym Niewygodna prawda pyta, dlaczego wstydliwie okrywa się w Niemczech historyczne fakty? Rzecz w tym, że rodzice Koehlera wcale nie znaleźli „schronienia” w polskim Skierbieszowie pod Zamościem. Oni tam, jak inni Volksdeutsche z Litwy, Łotwy, Besarabii (Rumunia), zostali osiedleni w ramach tzw. Generalplan Ost. Opracował ten plan „komisarz Rzeszy dla umocnienia niemczyzny na wschodzie Europy” Reichsführer SS Heinrich Himmler, a realizował na terenie tzw. dystryktu lubelskiego SS-Gruppenfehürer Odilo Globocnik. Osadnicy mieli w myśl szaleńczej ideologii stać się „pionierami niemczyzny na całym wschodzie Europy”. Żeby ten plan urzeczywistnić, trzeba było najpierw z Zamojszczyzny wyrzucić około 100.000 polskich rolników. Wiele tysięcy naszych rodaków wywieziono wtedy wprost do Oświęcimia, a polskie dzieci nadające się wedle rasowych kryteriów germańskich do zniemczenia posłano do zakładów wychowawczych „Lebensborn” bądź też bezpośrednio do rodzin sprawdzonych Parteigenossen. Niektórych polskich chłopów zostawiono na gospodarstwach osadników niemieckich, aby jako parobcy służyli swoim panom. W rodzinie takiego „osadnika” urodził się w lutym 1943 roku obecny prezydent RFN. W metryce ma napisane, że stało się to „im Hauptdorf” (główna wioska) o nadanej przez Kreisleitera Zamościa nowej nazwie Heidenstein „w pierwszym roku wielkiej akcji umocnienia niemczyzny na wschodzie”. Kończąc ten wątek, można, oczywiście, zauważyć, że malutki Hans Koehler za to nie odpowiada, jego rodzice także mogą być bez winy, bo przecież, może wbrew ich woli, Himmler nakazał ich przesiedlić z Besarabii, gdzie od pokoleń mieszkali. Skoro tak, to nie bardzo można zrozumieć, dlaczego w oficjalnym życiorysie niewinnym słowem „Zuflucht” (schronienie) fałszuje się teraz przeszłość. Tak czy siak byli Koehlerowie drobnym pyłkiem w tej straszliwej zawierusze, która szalała nad Polską.
Oderwijmy się od tego. Oto nasza widawska „Dolinka Pięciu Stawów”. Że dolinka jest autentyczna, widać gołym okiem. Z południa i północy teren bowiem lekko opada ku rzeczce. Wzdłuż niej jeszcze kilka lat temu wydłubano trochę chałupniczym sposobem dwa stawy. Nad jednym, kontemplując zachód słońca, siaduje teraz sąsiad, wiekowy pan M, drugi - po śmierci niedoszłego osadnika na Widawie - dziczeje, a dalej dwa takie sobie akweniki zrobione już „przemysłowo” dla celów rodzinno-rekreacyjnych. Wczoraj, podczas spaceru, jaki zwykle wieczorami odbywamy z moją Panią wśród łanów wyrosłych już zbóż, zobaczyliśmy za „małym lasem” i polem pana Stanisława prawdziwe nowe jeziorko, z którego z wrzaskiem podniosło się stadko kaczek. Urokliwe to miejsce, schowane przed ludźmi, cicho tu i spokojnie. Ki diabeł - pomyślałem. Kiedy to zrobiono? I kto tu gospodarzy? I po co? Budować się ktoś chce czy hodowlę karpia założyć? A tuż obok sączy się chudziutka Widawa niemal całkowicie zarośnięta. Zachodzę w głowę, jak jeszcze z takiej cieniutkiej strugi może być zasilany zalew stradomski, ale widocznie może, bo zalew przecież jest! Ciekawi mnie, jak długo jeszcze ta Widawa będzie się sączyć. Koryto na potęgę zarasta i nie ma, jak się zdaje, żadnej nadziei na to, że jakiś powołany „czynnik” (o ile taki w ogóle istnieje ?) zajmie się tym buchającym zielskiem.
Rzeczone wieczorne spacery z Małżonką wśród pól dają nam m.in. taki oto temat do myślenia. Oto ciągnące się po horyzont wielkie pola pod kukurydzą albo olbrzymia uprawna przestrzeń pod ziemniakami, a pomiędzy nimi lub obok nich drobne płachetka ze zbożem lub kartoflami. Jedni i drudzy właściciele (a może tylko dzierżawcy) skasują w grudniu „europejskie dopłaty” do hektarów. Jedni dziesiątki tysięcy, drudzy paręset. Jednakże i tym, i tamtym - jak słychać powszechne skargi - może to rosnących kosztów produkcji nie wyrównać. Jak będzie z tym europejskim dobrodziejstwem - zobaczymy. Póki co, o czym wszyscy wiemy, mamy wyraźny sygnał przynależności do Unii Europejskiej: wszystko drożeje!
Z konsumenckim pozdrowieniem
Wasz felietonista
autor: Julian Bartosz
Skomentuj ten artykuł! (4)